Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Azadi znaczy wolność

Jedną z piękniejszych rzeczy, które pozostały w schedzie po szachu, jest pomnik obecnie nazwany Azadi - Wolność. Gdy patrzę na niego nie mogę uwierzyć, że został wybudowany na początku lat 70. Ogromna bryła zaprojektowana z rozmachem i polotem. Geometryczne kształty łączą w jednym artefakcie stylistykę tradycyjną ze współczesną.

Wokół pomnika jest duża stacja przesiadkowa metra i autobusów. Jest też rondo, prawie zawsze zakorkowane - przez okolicę przewijają się codziennie tysiące osób i mają czas, by zadumać się nad tym, jakiego rodzaju wolność w Iranie wychwala ten pomnik.



Gdy chce się dojść bezpośrednio pod Azadi i spędzić chwilę w otoczeniu "Wolności" trzeba przebić się przez ruch uliczny. Następnie należy znaleźć wejście, Azadi otacza bowiem mur wysoki na ok. 1,5 metra. Żadnej drogi na skróty. Idziesz więc chodnikiem, obchodząc dookoła cały plac i masz czas, by patrzeć z oddali na swój cel. Masz też czas, by zacząć się niecierpliwić, kiedy w końcu tam dojdziesz. Czy to świadomy zabieg architektoniczno-symboliczny?

Obecnie Azadi jest w remoncie. Umiejscowiony na szczycie pomnika taras widokowy jest niedostępny. Będzie dostępny. W przyszłości. Kiedyś będzie pięknie, będzie wspaniale.


Bezpośrednio pod pomnik można podejść tylko z jednej strony. Gdy stoję u stóp i patrzę w górę czuję zawrót głowy. Gdy patrzyłam z oddali bryła wydawała się zrozumiała, do ogarnięcia. Gdy jestem blisko krzywe linie zaczynają układać się w najbardziej nieoczekiwane kształty. Widzę orła. Widzę górę. Widzę ramiona, które chcą mnie objąć. Nie wiem, co widzę, ale to jest to!



Symboliczne rozumienie świata utrzymuje mi się jeszcze przez chwilę. Z Azadi jest w Iranie tak samo jak z VPN-em. Teoretycznie wiem, jak uzyskać dostęp do blogspota i facebooka. Potrzebuję nakładki na przeglądarkę. Jest na wyciągnięcie ręki, mogę wyliczyć nazwy różnych nakładek - BrowSec, ZenMate, Hola. Gdy jednak je instaluję nic nie działa, albo działa przez chwilę a potem tak się wszystko psuje, że muszę instalować nową przeglądarkę, by móc wejść na zwykłą wikipedię. Skutecznie uniemożliwia mi to aktualizowanie bloga na bieżąco. Wiem, że to się zmieni, pewnego ranka naprawdę zadziała i będę miała nieograniczony dostęp do internetu. Póki co niecierpliwię się i irytuje mnie świadomość, że "to" tam jest, ale nie mogę "tam" być.

W Teheranie jeszcze jedno miejsce mieliśmy okazję odwiedzić, w którym symbolicznie ograniczono wolność. Muzeum Sztuki Współczesnej. Ponoć zbiory mają równowartość 2 miliardów dolarów. Znajduje się w nich Picasso..... Prawie wszystkie wylądowały w sejfie. W części dostępnej dla zwiedzających zaprezentowany jest jeden Magrit. Reszta to świetne obrazy malarzy irańskich. Dlaczego Magrit?

...dlaczego Magrit?

Nad cala wystawa goruja dwa porterty Najwyzszych Wladcow Iranu -
po to bysmy nawet tu nie zapomnieli, gdzie jestesmy.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...