Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Toczące się kamienie z górki

Przyjechaliśmy do Zahedanu, uf. Nie było to dla nas oczywiste, jak się tu dostaniemy i gdzie się zatrzymamy. Rano (jeszcze w Bam) w żołądku czułam lekki stres. Teraz, gdy już siedzimy w małym pokoiku małego hoteliku w centrum Zahedanu, z dobrym nastrojem wyczekuję jutra, kiedy wjedziemy do Pakistanu.

W Bamie próbowaliśmy ustalić, w jakim hotelu możemy się zatrzymać kolejnego dnia (czyli dzisiaj). Informacje z przewodnika były dość skąpe - trzy hotele: z czego jeden super drogi (ponad 70$ za pokój dla dwóch osób), a przy pozostałych adnotacja, że autorom LP i innym podróżnikom nie udało się znaleźć tam miejsca. Kiedyś obcokrajowcom w tanich hotelach pokoi nie wynajmowano - teraz na szczęście jest inaczej. Cieszymy się więc z najtańszego noclegu w hotelu podczas naszej podróży i przymykamy oko (czy raczej nos) na stęchły zapaszek z kibelka, którym przesiąknięty jest pokój. Mamy jednak mięciutkie, czyste koce, wiec koniec końców jest tutaj przyjemnie. Hotel nazywa się Bahar.

Taki widok z okna...

...a taki z ulicy w Zahedanie.

Rano, jeszcze przed wyruszeniem w kierunku Zahedanu, niepokojące również okazało się, że nie ma (już?) autobusów, które odjeżdżałyby z Bamowego dworca bezpośrednio do Zahedanu. Dowiedzieliśmy się jednak, że autobusy dalekodystansowe zatrzymują się na pewnym rondzie i można do nich po prostu wskoczyć na trasie. Wychodzi taniej, ale minus taki, że nigdy nie wiadomo, kiedy autobus będzie przejeżdżał przez miasto, więc należy założyć, że będzie się na tym rondku czekało przynajmniej godzinę.

Dzisiaj mieliśmy jednak farta, nie czekaliśmy ani minuty. Czasami w takich momentach czuję się jakbym grała w bardzo rzeczywistą przygodową grę komputerową. Chodzisz sobie po okolicy, zbierasz przedmioty i zagadujesz do ludzi i nigdy nie wiadomo, która z tych rzeczy lub konwersacji okaże się kluczowa dla przejścia do kolejnego levelu.

Teraz będzie taki fragment, który zapisałam głównie dla siebie, by sobie to w głowie poukładać, ale jak chcesz możesz przeczytać, może coś zrozumiesz. A może nie ;)

Próbuję odtworzyć łańcuch zdarzeń, który doprowadził nas do takiego pozytywnego rozwoju sytuacji, ale nie jestem w stanie odnaleźć "początku".

Czy ta pierwsza "dobra decyzja" to był pomysł, by poprosić panią recepcjonistkę w Bamie o zadzwonienie do wybranych hoteli w Zahedanie, by sprawdzić, czy nas przyjmą?

Czy może kluczowy był pomysł, by wymienić jeszcze na wszelki wypadek 20 dolców na riale i mieć spokojną głowę, że starczy nam na wszystkie ewentualne wpadki transportowe? W ten sposób spotkaliśmy się ponownie z przewodnikiem, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Przez znajomego wymienił kasę, a potem podrzucił nas w odpowiednie miejsce na to tajemnicze rondo akurat w momencie, gdy stał na nim autobus do Zahedanu i jeszcze zdążył zadzwonić ponownie do "naszego" zahedańskiego hotelu i spisał listę innych - tańszych - hoteli, na wypadek gdyby hotel, w którym mieliśmy zaklepane miejsce okazał się za drogi (a okazał się za drogi).

Czy może kluczowe było tutaj stukanie do bram guesthouse'u Akbara w Bamie, gdy ten był na chwilkę zamknął swój dorobek i wyskoczył na miasto spotkać się z przyjaciółmi? Nie wiedzieliśmy, że to zamknięcie jest chwilowe i spędziliśmy co najmniej godzinę szukając innego miejsca, na które byłoby nas stać (w ten sposób trafiliśmy do hotelu, w którym była ta recepcjonistka, która wykonała potrzebne telefony, gdy nam się już skończyła kasa na irańskiej karcie, a hotel ten należał do sieci, która również ma swoje droższe i tańsze miejsca w Zahedanie i w jednym z nich właśnie jesteśmy).

Czy kluczowe było złapanie stopa dwa dni temu w drodze do Kerman, dzięki czemu poznaliśmy cudownego Mortezę i genialną Parvi, z którymi w drodze spędziliśmy w sumie dwa dni? To oni między innymi pomogli nam znaleźć hotel w Bam (Morteza stargował ok. 70 tumanów z wyjściowej ceny 170 za pokój trzyosobowy).

Czy w końcu znaczenie dla tego momentu, w którym jesteśmy obecnie, miało nocowanie u hosta w Kermanie, u którego również nocował inny Adam, który mówi w farsi, z którym spędziliśmy trzy dni i który w paru momentach skutecznie wykorzystywał swoją znajomość lokalnego języka? ...przede wszystkim podczas zwiedzania majestatycznej twierdzy Bam w efekcie czego dowiedział się, że Akbar Guesthouse wcale nie jest zamknięty i że możemy wieczorem tam wpaść, by wypytać się o potrzebne informacje związane z podróżą do Pakistanu? Miejsce to jest kultowym stopem dla osób, które tak jak my planują granicę irańsko-pakistańską przekroczyć lądem - a gdy już wpadliśmy do Akbara na wieczorną herbatę to spotkaliśmy tam Mohamada - przewodnika, który podrzucił nas na autobus.

Nie wiem, która z tych sytuacji okazała się kluczowa. Pewnie nie wymieniłam nawet większości zbiegów okoliczności, które sprawiły, że teraz oto tu jesteśmy, w dobrych nastrojach przed udaniem się w kolejne nieznane.

Szczegóły logistyczne:
1. W Bamie autobusy dalekodystansowe zatrzymują się na rondzie na obrzeżach miasta. Po prostu jadą przed siebie główną trasą Kerman-Bam-Zahedan i nie zjeżdżają do samego centrum Bamu. Ludzie ze swoimi tobołkami czekają przy stacji benzynowej po wschodniej stronie ronda w kierunku Zahedanu.
2. Inne tanie hotele w Zahedanie oprócz naszego Bahar to Amin i Kavir. Ten ostatni jest gdzieś oceniony w internecie jako miejsce diabelskie ;) Kit czy hit?
3. Monumentalna twierdza w Bam to wystarczający (i jedyny?) powód, by zatrzymać się tu na dłużej. Nawet po trzęsieniu ziemi przed paru laty ten kompleks budowli robi niesamowite wrażenie.

Cisza przed burzą... piaskową.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...