Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Największe słońce i najgłębszy cień

Pierwszy spacer ulicami Lahore odbyliśmy w ekstazie. Trudno mi było uchwycić, co jest takiego genialnego w tym mieście, ale zdecydowanie to było to! Może zadziałał efekt wypuszczenia ze złotej klatki? Po raz pierwszy w Pakistanie mogliśmy w końcu swobodnie się poruszać. Zatrzymywać się w miejscach, które przykuły naszą uwagę. Zmieniać tempo spaceru, kiedy mieliśmy na to ochotę. Korzystać z mapy i samodzielnie wytyczać trasę.

Myślę jednak, że było w tym coś znacznie więcej:
Nostalgiczne wspomnienia z Kampali. Szerokie, ciepłe ulice, palmy i drzewa, których nazw nie znam, krajobraz mieniący się kolorami błękitu, zieleni i ceglanej czerwieni... mnóstwo motorów i hałas, który nie przytłacza a dodaje mocy.



Zachłyśnięcie się architekturą łączącą wpływy brytyjskie z lokalną stylistyką. Widziałam miasta, które odrzuciły swoje kolonialne oblicza - w Melakce serce miasta bije dzisiaj gdzieś indziej, stare pozostałości kolonialnej architektury smutnie niszczeją. W Lahore poczułam, że budynki i cała symbolika związana z ich powstaniem została przejęta przez niepodległy Pakistan. Budynki tętnią drugim życiem, są zadbane. Dorasta i kształci się w ich wnętrzach kolejne pokolenie Paku.


Kontrast z surowością Iranu. Tutaj też Islam kształtuje fonosferę i oblicze miasta, dyktuje sposób ubioru... robi to jednak z większym luzem, z wyczuciem koloru a nawet z przymróżeniem oka, gdy pstrokate chusty zsuwają się na ramiona lub ich wcale nie ma.


Posmak Indii, których jeszcze nie znam, ale które już mogę sobie dokładniej wyobrazić.



... no i jastrzębie. Krążą nad miastem w stadach. Są mniejszymi i większymi czarnymi punkcikami na niebie ponad Lahore. Czasami nurkują w dół w kierunku chodników. Uczynni ludzie zostawiają im surowe mięso, którym się żywią. Widok polującego ptaka 2 metry od ciebie - bezcenny.



Drugi spacer, kolejnego dnia, dla równowagi dostarczył całkowicie odmiennych doświadczeń. Nagle czuję pył w nosie, gardle, w oczach. Słyszę wszystkie klaksony, daję słowo, słyszę ich więcej niż poprzedniego dnia, narastają, uszy bolą. Widzę zmęczenie osiołków, które dreptają ulicami pomiędzy auto-rikszami i motorami, ciągnąc wozy z ciężarami, dysząc ze zmęczenia. Uderzają mnie kontrasty, piękne ubiory przeplatają się z łachmanami, ręce wyciągnięte w geście powitania i ręce żebrzące, zapach kwitnących drzew i rozkładających się śmieci, tak dużo śmieci. Gdzie były wczoraj? Upadek z wysokości bardziej boli. A może to po prostu różnica temperatur. Wczoraj było chłodniej, dzisiaj typowo - 34 stopnie.

To nie Witkacy, ale jedno z malowideł, które przykuły moją uwagę
podczas wizyty w tutejszym muzeum.
Tak, chyba tak właśnie się tu czuję,
ten obraz idealnie to uchwycił ;)

Talism-e-Hosh Rubba, autor: Allah Bakhsh, zbiory Muzeum w Lahore

Próbuję zrozumieć to miasto i przebić się przez moje subiektywne wrażenia do sedna. Stąd tyle znaków zapytania. Zdecydowanie to najbardziej fascynujące miejsce spotkane podczas tej podróży. You are never born until you visit Lahore (tłum. Nie narodzisz się, póki nie odwiedzisz Lahore). To powiedzenie pakistańskie zmieniłabym na - Umrzeć i narodzić się na nowo - tylko w Lahore

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...