Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Mniam. W Turcji jedliśmy same smaczne rzeczy. Pierwsze dni może troszkę były zardzewiałe, ale odkąd zrozumieliśmy, że najlepszego wegetariańskiego jedzenia mamy szukać w ulicznych stołówkach a nie "polecanych restauracjach z tradycyjną kuchnią", to dopiero się zaczęło.
Pycha cieciorka w pomidorach, leczo z pieczarkami i papryką, fasolka też chyba w pomidorach, zupy jogurtowe, z soczewicą. No i cig kofte [czyt. czii kufte]. Google translator tłumaczy to jako "surowe mięso" - ale to jest cud-wegański roll.
Jednego dnia w Sivas (w którym nie miało na nas czekać nic ciekawego) poprosiłam pana sprzedającego cig kofte o zdradzenie przepisu. Sekret tkwi w paście pomidorowej, którą przyrządza się na bazie ugotowanej kaszy bulgur i sosu z granata. Po paru godzinach międlenia z różnymi przyprawami robi się z tego plastyczna masa. Przy zamówieniu rolla rozsmarowuje się tę masę na placku ala tortilla, układa surowe warzywa (ogórek, kapusta, pomidor) i kiszone (np. ogórki) - i obowiązkowo świeża mięta. Zawija się tak w te sreberka i pycha danie gotowe!
Mówiąc o jedzeniu w Turcji nie zapomniajmy o baklawie. Pysznej, świeżej, ciepłej, ociekającej rozpuszczonym cukrem i tłuszczem, z pistacjami, z orzechami, zawijane, cięte w romby, w kwadraciki, brązowe, zielone - wszystkie różne, wszystkie smaczne.
P.S. Najsmaczniej było nam w Trabzone.
Pycha cieciorka w pomidorach, leczo z pieczarkami i papryką, fasolka też chyba w pomidorach, zupy jogurtowe, z soczewicą. No i cig kofte [czyt. czii kufte]. Google translator tłumaczy to jako "surowe mięso" - ale to jest cud-wegański roll.
Jednego dnia w Sivas (w którym nie miało na nas czekać nic ciekawego) poprosiłam pana sprzedającego cig kofte o zdradzenie przepisu. Sekret tkwi w paście pomidorowej, którą przyrządza się na bazie ugotowanej kaszy bulgur i sosu z granata. Po paru godzinach międlenia z różnymi przyprawami robi się z tego plastyczna masa. Przy zamówieniu rolla rozsmarowuje się tę masę na placku ala tortilla, układa surowe warzywa (ogórek, kapusta, pomidor) i kiszone (np. ogórki) - i obowiązkowo świeża mięta. Zawija się tak w te sreberka i pycha danie gotowe!
Mówiąc o jedzeniu w Turcji nie zapomniajmy o baklawie. Pysznej, świeżej, ciepłej, ociekającej rozpuszczonym cukrem i tłuszczem, z pistacjami, z orzechami, zawijane, cięte w romby, w kwadraciki, brązowe, zielone - wszystkie różne, wszystkie smaczne.
| To nie baklawa - ani nie kabanos - ale inny pyszny słodycz :) |
Komentarze
Prześlij komentarz