Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Przekraczanie niewidocznych granic

Dzięki spotkaniom z lokalnymi mieszkańcami i mieszkankami robimy rzeczy, których sami byśmy nie zrobili. Odwiedzamy miejsca, których sami byśmy nie odwiedzili. I nie myślę tutaj o docieraniu do tajemniczych miejsc, o których nikt nie wie lub robieniu wyjątkowych rzeczy, których nigdzie indziej nigdy wcześniej nie robiliśmy. Chodzi mi bardziej o zwykłe, cudowne rzeczy, które należą do lokalnej codzienności.

W Esfahanie weszliśmy na górę. Góra jak góra, kawałek skały na obrzeżach miasta, położony w parku, dostępny, niebiletowany. Wierzchołek widoczny prawie z każdego miejsca w mieście. Landmark taki jak Pałac Kultury - tyle że naturalny. A jednak nie pojechalibyśmy tam sami, by zobaczyć jak wygląda Esfahan z lotu ptaka nocą.

Widok na pół godziny przed szczytem :)
Chwilkę wcześniej po tym murku biegł sobie chłopak. Później wdrapał się
na jedną z tych pionowych ścian... Jak oni to robią?

Zrobiliśmy to jednak dzięki Ahmadowi i jego dziewczynie. To ich cotygodniowa tradycja - wspinanie się na tę górę, za każdym razem w trochę inny sposób. By wejść na szczyt można poruszać się wyznaczonym, łatwym szlakiem - oni jednak (i wiele innych osób, które widzieliśmy na zboczach) wybierają trudniejsze podejścia, po kamieniach, nad mini-przepaściami - tak lokalna, trochę szalona tradycja. Z nami wspięli się w łatwiejszy sposób (choć pierwotny plan był inny, my jednak na "rock climbing'u" zupełnie się nie znamy). Dzięki temu o siódmej wieczorem popijaliśmy ciepłą herbatkę, podziwiając światła miasta rozpościerające się od jednego krańca horyzontu do drugiego. Bez tej znajomości, tego dnia o tej porze też pewnie popijalibyśmy herbatkę - tyle że w jednej z herbaciarni lub po prostu w hostelu. Jedno doświadczenie zapierające dech w piersiach mniej. A tak jesteśmy do przodu.

Druga sytuacja. Yazd. Tydzień później. Zahrę i Hosseina spotkaliśmy w naszym pokoju w dormitorium. Zabłądzili szukając wejścia na dach, gdzie chcieli obejrzeć wieżę wiatrową. Tak rozpoczęła się rozmowa, która była początkiem wieczoru spędzonego razem. Przyjechali do Yazdu przy okazji Nowego Roku. Teraz jest taki czas w Iranie, kiedy wszyscy podróżują - część odwiedza rodziny, cześć udaje się na pielgrzymki do miejsc świętych, część po prostu poznaje swój kraj i odwiedza nieznane im jeszcze miejsca. Do tej trzeciej grupy należy Zahra i Hossein. Mają ciekawy sposób na poznawanie miasta, szwędają się po ulicach, czasami coś zwiedzają, szperają, wciskają się w szczeliny a przede wszystkim odwiedzają najfajniejsze hotele i piją tam herbatę. Nie zamawiają nic więcej, prócz czajniczka herbaty, i w ten sposób spędzają czas w pięknych przestrzeniach wewnętrznych dziedzińcow starych hoteli.

Dzięki nim mieliśmy dostęp do tego doświadczenia. Znów - prosta sprawa, wyszukujesz najfajniejszy hotel w okolicy i idziesz tam na herbatę. Jest może troszkę droższa niż zazwyczaj, ale wciąż to tylko herbata a nie lunch dla 4 osób. Nie wpadliśmy na to wcześniej. Teraz już wiemy. 1 punkt do podróżniczego sprytu więcej. I możliwość poznania w takich pięknych okolicznościach dwójki ludzi o bogatych doświadczeniach podróżniczych - do tej pory nie spotkaliśmy Irańczyków, którzy mieli okazję poznać większy fragment świata niż oni. Korea Południowa, USA, Włochy, Malezja... Praca na uniwersytecie otwiera możliwości niedostępne innym osobom w tym kraju.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...