Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Kashan wita Polskę

Kashan to krótki przystanek w naszej dalszej drodze na południe Iranu. Dojechaliśmy tam pociągiem - zacne doświadczenie. Kupowanie biletów on-line (na stronach całkowicie w farsi) nie jest nawet w najmniejszym stopniu oczywiste i bez pomocy lokalnych ludzi się (pewnie) nie uda. Ale po przebrnięciu tej niedogodności można superkomfortowo podróżować przez połowę Iranu. Nasza trasa zdecydowanie krótsza - tylko 3 godziny - ale i tak pozostał nam miły posmak po tej podróży.

Kashan to miasto starych "willi"
- ich atrakcyjność mierzy się w "starości" domu ;)
Kliknij w zdjęcie, by dokładnie przeczytać napis na ścianie.
Z niektórych willi nie zachowało się wiele - ale przynajmniej ciekawie
wyeksponowano, to co pozostało.
W Kashanie po raz pierwszy widzieliśmy też dziergane torby
- świetnie pasują i na rower i na motor. 

Tutaj po raz pierwszy poczułam, co to znaczy "pustynna atmosfera" miast irańskich. Szwędaliśmy się wąskimi uliczkami, pomiędzy gliniano-słomianymi murami domów i rozkoszowaliśmy się ciszą. Radość sprawił nam opuszczony meczet, w którym symetria działa cuda. Wszystko wydaje się na swoim miejscu i wszytko jest harmonijne, piękne.




Bez wizyty w ogrodach Fin moglibyśmy się obejść...

Ogrody Fin - wpisane na listę UNESCO
- jako przykład czystego stylu perskich ogrodów.
To na tym ogrodzie ponoć wzorowały się kolejne.

...ale wtedy nie spotkalibyśmy Muhameda i nie poznalibyśmy najgorliwszego ambasadora przyjaźni polsko-irańskiej na ziemiach Persów. Ponoć czekał na nas przy wyjściu z ogrodów pół godziny. Dowiedział się, że w ogrodzie są jacyś Polacy i chciał ich=nas poznać. Domyślał się też kogo spotka - wiedział o nas z Couchsurfingu. Niewiele jest Polaków ogłaszających public tripy do tego miasta. Jeszcze mniej jest hostów w Kashanie, którzy w gości przyjmują głównie osoby z Polski, w sumie jest jedna tak osoba - Muhamad.

To zawiła historia, dlaczego my akurat u niego nie nocowaliśmy (mea kulpa) - ale dzięki Muhamadowi spędziliśmy uroczy wieczór i nieprzerwanie śmialiśmy się z momentów, kiedy do wypowiedzi w języku angielskim wplatał polskie sformułowania. I can take you to pustynia, wiesz? O patrz, ten driver - on jest leworęczny :)

Ma w Polsce znajomych w każdym większym mieście i w paru mniejszych też. W czerwcu wybiera się do Warszawy, zaproponowaliśmy mu nocleg lub pomoc w jego znalezieniu. Powiedział, że ma w Warszawie tylu znajomych, że jeszcze nie wie, w jaki sposób zadecyduje, z kim się nie spotka ze względu na zbyt małą ilość czasu. Mam jednak nadzieję, że nasze ścieżki jeszcze kiedyś się skrzyżują.

Aha - i przede wszystkim - Muhamad ma w sobie magnes przyciągający wszelkie polskie elektrony krążące w okolicy. Pożegnał się z nami, ponieważ wieczorem odbierał z dworca inną Polkę, a do tego czasu chciał jeszcze z żoną i synkiem troszkę czasu spędzić. Wychodząc ze smażalni, w której zostaliśmy, by zjeść pyszne samboze (takie duże samosy smażone na głębokim tłuszczu z nadzieniem jak pierogi ruskie), natknął się jednak na inną parę Polaków - wyniuchał ich po akcencie, w jakim próbowali w farsi kupić chleb w piekarni - i przyprowadził ich do nas, dla towarzystwa. Ot, taki polski wieczór w Kashanie.

Kashan wita Polskę, a Polska pozdrawia z Iranu :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...