Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 19 - Huciska - Złoty Potok

Zaczynamy wolniutko. Podczas śniadania uprawiamy rozmowy o ważnych tematach z super znajomymi z trasy. Cieszę się, że mamy taką okazję, by nie tylko rzucać do siebie hasła podczas mijania się w drodze, ale też na spokojnie wejść głębiej i poznać się bliżej. Wcześniej nie znałam osób, które miałyby spore gospodarstwo rolne na Dolnym Śląsku i wybierały się na takie tygodniowe przejażdżki rowerowe z sakwami i namiotem. A teraz już znam! Rewelacja!
Żadne śniadanie nie trwa wiecznie, zbieramy manatki, zwijamy namiot i do przodu. Pierwsza atrakcja przed nami to Rezerwat Góra Zborów. 



Takie wielofunkcyjne miejsce - dla szkółek wspinaczkowych, dla wycieczek, które nie boją się wchodzić do jaskiń, dla odważnych, co to lubią adrenalinę na tyrolce i po prostu dla wszelkiego rodzaju chodziarzy. My wcieliliśmy się w tę ostatnią kategorię. Rumaki zostawiliśmy w cieniu na parkingu i pomknęliśmy na szczyt. Wystarczył może kwadrans byśmy znaleźli się w przepięknym punkcie widokowym… z którego widzieliśmy nawet Częstochowę - naszą metę na ten wyjazd.
Wracając ze szczytu eksplorujemy okolicę i poszukujemy miejsca, które na mapie zostało tajemniczo oznaczone jako Kryształowa Dziura w zawalenisku. Coś na kształt intrygującej dziury zaiste udało nam się zlokalizować… ale kryształów nie znajdujemy ;) Może następnym razem.
Po krótkim hikingu zaczynamy przedostatni etap pedałowania. Jak dobrze, że dopiero teraz, po wszystkich najtrudniejszych podjazdach, Adam zaczyna mieć przejścia z przerzutkami. Gorzej, gdyby to się stało wcześniej. Gorzej, gdyby działała mu tylko trójka.
Teraz to i na piechotę dojdziemy na pociąg, w którym mamy już zarezerwowane miejsca dla siebie i naszych rowerków.
Ale to dopiero za dwa dni - póki co: Zamek Bobolice! Jak z bajki. Dosłownie - wyobraź sobie zamek z książki dla dzieci i wiesz już jak wygląda to miejsce. Na wzgórzu, z wieżyczką, z fosą i drewnianą, wielką bramą. Nawet z duchami. Wszystko się zgadza.


 
Pani w kasie biletowej pyta mnie - Jaki bilet? Z weściem na zamek? Wtedy obowiązują maseczki i wejście jest co pół godziny. O nie - wykrzykuję - To na pewno nie. Pani trochę zmieszana dodaje - ale taka chusta wystarczy, by zakryć usta i nos. Szybko dodaję - Ja mowie o czekaniu ;) Nie będę czekać pół godziny, poproszę bilet tylko na błonia.

Co ciekawe, to miejsce nie zawsze tak wyglądało. Jeszcze stosunkowo niedawno było zarośnięte chaszczami. Nie było z nich nawet widać takiej jednej ogromnej skały, która dopiero przy renowacji tego miejsca została uwidoczniona. Małe radości? Przy okazji, jak oczyszczono ten teren, odnaleziono w tej skałce wykute schody, z których korzystano za czasów świetności zamku, a które potem przez wieki czekały w zapomnieniu na ponowne odkrycie.

Przystanek na obiad robimy w Żarkach. Zwiedzając to mikro miasteczko, przejeżdżamy obok kompleksu stodół, które służyły mieszkańcom jako rozproszony spichlerz. Obecnie jest to mega targowisko - ale my na targ akurat nie trafiamy. 

Ostatni odcinek dzisiejszej trasy to creme de la creme ścieżek rowerowych. Najpierw idealna trasa asfaltem przez las, potem IDEALNA trasa po miękkim podłożu leśnym. Fajnie wijąca się ścieżka, po której można bezpiecznie, bez obawy o flaka mknąć przed siebie. Robimy krótki przystanek na Diabelskie Mosty 





…kolejne wspinaczkowe mikro miejsce - i docieramy do Złotego Potoku.
Idealnie zatrzymać się tu chwilkę dłużej. Okolica z masą ładnych miejscówek, ścieżek, ciekawych budynków i historią hodowli pstrąga tęczowego. 




Świetnie tu - i z noclegiem też nam się poszczęsciło. W Złotym Jeleniu trafiliśmy na świetną restaurację, z klimatycznym tarasem wychodzącym na las, gdzie kuchnia serwowała pastę z dzikiej fasoli, z głośników sączyła się Nora Jones, a pod wieczór sufit rozświetliły setki malutkich LEDzików :)
Taka szkoda, że to już prawie koniec tej wycieczki.



Komentarze

  1. Ale jazda, piękne okolice. Śliczny filmik kończący waszą eskapadę. Gratulacje

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...