Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Nuda

Tego się nie spodziewaliśmy. Plan na to, jak dostać się do Lahore, okazał się niemożliwy do wykonania. Coś musiało się zmienić w sytuacji w Beludżystanie i obecnie turyści nie mogą podróżować autobusami z Taftanu (na granicy) do Quetty (położonej 600 km dalej). A właśnie w ten sposób chcieliśmy się dostać do początkowej stacji Quetta Ekpress - pociągu, który w 24 godziny zawiezie nas do samego Lahore.

Po sprawnym przekroczeniu granicy Mir Javeh - Taftan zostaliśmy zaprowadzeni do kolejnego budynku, gdzie znów pokazywaliśmy paszporty, gdzie znów spisywano nasze dane i gdzie okazało się, że mamy w tym miejscu poczekać do kolejnego ranka. Kolejnego ranka. A była 12 popołudniu. Na początku potraktowaliśmy to jako żart - jako to? Autobus odjeżdża za trzy godziny, tutaj niedaleko, z placu głównego w Taftanie i my tam nie możemy po prostu pójść?

Miejsce, które niespodziewanie stało się dla nas guesthousem.
To tutaj po raz pierwszy skosztowaliśmy pysznego pakistańskiego żarcia :)

Wiedzieliśmy, że od granicy towarzyszyć będzie nam eskorta, ale z dotychczasowych relacji umieszczonych w internetcie wynikało, że policjant po prostu towarzyszy w podróży autobusem. Teraz okazuje się, że czekamy na to, by rano policja zawiozła nas do Quetty swoim samochodem. Dodatkowo będziemy musieli przenocować w Quettcie w hotelu i dopiero pojutrze wsiądziemy do pociągu. Przygoda, przygoda. Adam urodziny spędzi więc w przedziale pociągu ;)

Szczegóły logistyczne:
1. Ponoć w Zahedanie też jest pewne rondo, z którego odjeżdżają savaris (coś w rodzaju taksówek, w żółtym kolorze) do granicy z Pakistanem. Na nie nigdy nie dotarliśmy. Chcieliśmy do krańców Iranu dojechać minibusem. Ale na dworcu wszyscy zgodnie mówili, że tych minibusów nie ma (może ze względu na to, że akurat trafiliśmy na weekend?). Z dworca do granicy odjeżdżają za to savaris. Za kurs ponad 45 km zapłaciliśmy po targowaniu się 35.000 tumanów / osobę. Jest to ciut mniej niż to, co czytałam w relacjach ludzi z internetu i parę razy więcej niż to, co sugeruje przewodnik. Nie wiem, czy przepłaciliśmy, czy z sukcesem wynegocjowaliśmy dobrą cenę. Ważne, że w efekcie dojechaliśmy do granicy (z przygodami, bo taksówka się po drodze zepsuła i musieliśmy wracać do miasta i zmieniać auto. Nasze plecaki łatwo przenosić, ale jechaliśmy jeszcze z jednym panem, który wiózł ze sobą dwie butle gazowe, parę kartonów i żelazny wózek do przewożenia całego dobytku mocowany misternie na dachu... eh).

2. Warto mieć w zapasie trochę gotówki "na stracenie", by mieć swobodę w ustalaniu ceny z przewoźnikami. A jeśli transakcja nadspodziewanie dobrze wyjdzie, to po stronie pakistańskiej można wymienić wszystkie riale na rupie. Dolary też można tam wymienić. Kurs bez szału, ale jak na sytuację bez pola manewru - mogliśmy kupić kasę tylko od jednego pana - to całkiem spoko wyszło. 100 rupii za 1 dolara (tego dnia oficjalny kurs to było 104 rupie za 1 dolara). Gdy wymienia się większe nominały (+100) to kurs jest korzystniejszy.

3. Jedzenie! Słyszeliśmy tę poradę wcześniej i zgodnie z nią, choć trochę bez przekonania, kupiliśmy jedzenie na dwa dni przed przekroczeniem granicy. To była bardzo dobra decyzja. Gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z naszym planem może i nie potrzebowalibyśmy tej wyprawki. Doświadczenie pokazało jednak, że nasz plan a rzeczywistość bardzo się różnią. I w rzeczywistości ten zapas jedzenia był zbawienny. Dlaczego? O tym w kolejnym odcinku ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...