Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Na zakończenie naszego pobytu w Fez wybraliśmy się na spacer do miejsca poleconego przez chłopaka pracującego w naszym hoteliku.
Z okolic twierdzy górującej nad miastem rozciąga się widok na całą medinę - którą widać w całej okazałości. O! Tu jest ten duży meczet! O a tam, za tym blokiem, jest nasz hotel. O - a tu medresa. O - a tam na wzgórzu taki czarny dym się unosi (później dowiedzieliśmy się, że to fabryka drożdży piekarniczych - sic). Miejsce przyciąga wiele osób - głównie zdaje się lokalsów, z tego, co zaobserwowaliśmy. W sumie to zadziwiającem, że tak mało tu turystów zagranicznych - aż się prosi, po ścisku pomiędzy sukami, gdzieś wyrwać się na otwartą przestrzeń i spojrzeć na miasto z lotu ptaka.
Zeszliśmy na dół, by zjeść ostatni posiłek - wybraliśmy knajpeczkę z tarasem wychodzącym wprost na Błękitną Bramę - wchodząc przywitaliśmy się z człowiekiem, którego pracą jest zaczepanie przechodniów i zapraszanie do środka. Ma niezłą pamięć - zapamiętał nas sprzed dwóch dni - "Dobry wieczór!" - a przecież takich spotkań, jak z nami, ma codziennie setki, jeśli nie więcej.
Ostatnią rzecz, którą chcieliśmy załatwić, to zakup jedzenia jutro na drogę, bo wyjeżdżamy wcześnie rano i będziemy jechać jakieś 4-5godzin. Więc udaliśmy się do stanowiska, na którym wczoraj robiliśmy zakupy z Samirą, potem po chlebki a potem po oliwki - pyszne czarne podfermentowane i pyszne zielone z harrisą - ostrrre :)
I tak żegnam się z Fez - z poczuciem, że nawiązaliśmy tutaj parę ciepłych - choć zdaję sobie sprawę, że tymczasowych - kontaktów.
Z okolic twierdzy górującej nad miastem rozciąga się widok na całą medinę - którą widać w całej okazałości. O! Tu jest ten duży meczet! O a tam, za tym blokiem, jest nasz hotel. O - a tu medresa. O - a tam na wzgórzu taki czarny dym się unosi (później dowiedzieliśmy się, że to fabryka drożdży piekarniczych - sic). Miejsce przyciąga wiele osób - głównie zdaje się lokalsów, z tego, co zaobserwowaliśmy. W sumie to zadziwiającem, że tak mało tu turystów zagranicznych - aż się prosi, po ścisku pomiędzy sukami, gdzieś wyrwać się na otwartą przestrzeń i spojrzeć na miasto z lotu ptaka.
Zeszliśmy na dół, by zjeść ostatni posiłek - wybraliśmy knajpeczkę z tarasem wychodzącym wprost na Błękitną Bramę - wchodząc przywitaliśmy się z człowiekiem, którego pracą jest zaczepanie przechodniów i zapraszanie do środka. Ma niezłą pamięć - zapamiętał nas sprzed dwóch dni - "Dobry wieczór!" - a przecież takich spotkań, jak z nami, ma codziennie setki, jeśli nie więcej.

Ostatnią rzecz, którą chcieliśmy załatwić, to zakup jedzenia jutro na drogę, bo wyjeżdżamy wcześnie rano i będziemy jechać jakieś 4-5godzin. Więc udaliśmy się do stanowiska, na którym wczoraj robiliśmy zakupy z Samirą, potem po chlebki a potem po oliwki - pyszne czarne podfermentowane i pyszne zielone z harrisą - ostrrre :)

I tak żegnam się z Fez - z poczuciem, że nawiązaliśmy tutaj parę ciepłych - choć zdaję sobie sprawę, że tymczasowych - kontaktów.

Komentarze
Prześlij komentarz