Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Jeszcze będąc w Warszawie Adam wypatrzył to miejsce - Cafe Clock, gdzie w każdy poniedziałek i czwartek opowiadacze dzielą się swoimi opowieściami. W momencie, gdy okazało się, że - nie zwracając na to wcześniej uwagi - zabookowaliśmy miejsce w hostelu 5 minut na pieszo od tego miejsca, uznaliśmy to za znak. Nie mogło nas tam zabraknąć. O 19.00 już byliśmy na miejscu - przy okazji poznając superklimatyczną kawiarnię i zaspokajając mały głód sałatką z... awokado, śliwkami, truskawkami, mandarynkami i papryką!
Tego wieczora opowieści były trzy - dwie po angielsku: o chłopcu, który rozumiał mowę ptaków, co pozwoliło mu dzięki przedziwnemu splotowi wydarzeń stać się królem oraz o tym, że kobiety są sprytniejsze od mężczyzn i nie warto z nimi zadzierać. Trzecia opowieść była po arabsku, bardzo dynamiczna, coś o... wyjmowaniu chleba z pieca, pobruszania węgielków w kominku albo o dobijaniu kogoś szabelką? Dwie pierwsze opowiedziane przez młode adeptki sztuki opowiadania - a ostatnia przez masterclass storyteller wymiatacza.
Po wieczorze opowieści, dopingowana przez Adama, podeszłam do Hakimy, by podzielić się fajnym zdjęciem, które zrobiłam jej w trakcie jej opowiadania.
Tego wieczora opowieści były trzy - dwie po angielsku: o chłopcu, który rozumiał mowę ptaków, co pozwoliło mu dzięki przedziwnemu splotowi wydarzeń stać się królem oraz o tym, że kobiety są sprytniejsze od mężczyzn i nie warto z nimi zadzierać. Trzecia opowieść była po arabsku, bardzo dynamiczna, coś o... wyjmowaniu chleba z pieca, pobruszania węgielków w kominku albo o dobijaniu kogoś szabelką? Dwie pierwsze opowiedziane przez młode adeptki sztuki opowiadania - a ostatnia przez masterclass storyteller wymiatacza.
Po wieczorze opowieści, dopingowana przez Adama, podeszłam do Hakimy, by podzielić się fajnym zdjęciem, które zrobiłam jej w trakcie jej opowiadania.
To zaś stało się wstępem do rozmowy o sztuce opowiadania, o potencjale wymiany pomiędzy Polską i Marokiem, o festiwalach dla opowiadaczy i o tym, że Baśń 1001 nocy bardzo trudno dostać po arabsku. Takie krótkie, intensywne spotkania czynią podróże pełniejszymi :)
A w samym Clocku oprócz opowiadaczy odbywają się regularne lekcje gotowania, pieczenia i kaligrafii. Gdybyśmy zostawali tu dłużej, to czuję, że codziennie miałabym tutaj coś ciekawego do zrobienia. Ale! Clocki są jeszcze w Fez i Chefchouen - więc never say never





Komentarze
Prześlij komentarz