Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 3 | Ouzoud - Chasing waterfalls

Uf! Chwila oddechu, ciszy, orzeźwiającej bryzy i zieleni. Mieliśmy inaczej to sobie zorganizować - ale przecież plany czyni się po to, by łatwiej było je w danym momencie zmieniać :)

A przesądziło myślę zmęczenie potwornym powietrzem w Marakeszu - tak więc nad wodospadami znaleźliśmy dzień wcześniej. Zamiast udać się tam z plecakami a po wodospadach ruszyć dalej przed siebie, zdecydowaliśmy się na one-day trip - wieczorem wróciliśmy do Marrakeszu, gdzie mamy opłacony ostatni nocleg, by jutro pociągiem udać się do Casablanki. Zorganizowany busik szacujemy na jakoś dwa razy droższy niż grand taxi (jedyna dla nas alternatywa - bo transport puliczny tam nie jeździ), ale jednak sprawniej znaleźliśmy się dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. 

Oczytani nt. potencjalnych sytuacji, gdzie możemy być naciągnięci - gdy tylko wysiedliśmy w Ouzoud i gdy nagle jak spod ziemi wyrósł local guide, który tonem nieprzewidującym sprzeciwu tłumaczył, gdzie to nie pójdziemy i ile nam to nie zajmie czasu, pomachaliśmy naszym współtowarzyszom i udaliśmy się na spacer wyposażeni we własnego, rzetelnego przewodnika - maps.me :)

Do wodospadów - szczególnie tak dużych i głośnych jak te w Ouzoud - trudno nie trafić. Kolejne parę godzin to po prostu relaksujący, bezwysiłkowy spacer przetykany wieloma momentami przystanków, by pocieszyć się widokiem i poczuć się jak mrówka. 


Kwestie praktyczne: one-day trip "zorganizowany" był przez nasz hostel. Organizacja ograniczyła się do pokierowania nas do czegoś w stylu sieci współpracujących ze sobą busików, obsługujących dużą część hosteli-hoteli i riadów w Marrakeszu. Rozwiązanie bardzo wygodne i sprytne. Busik podjeżdża w okolice twojego noclegu i jedzie na główny plac Jaama El-fna. Tam jest zaimprowizowany hub przesiadkowy, gdzie tasowani są podróżni - do essauiry tu, do ouzoud tam, na pustynię czy w Atlas jeszcze gdzieś indziej i od tego momentu już o niczym nie myślisz, tylko wysiadasz trzy godziny później na miejscu i robisz co chcesz (lub podążasz za przewodnikiem - ale to już twój wybór). W sumie polecam. Choć jechały z nami osoby, którym ten system nie zagrał. Zabookowały 6-day trip, codziennie robią wypady z Marakeszu i codziennie przechodzą rytuał busikowy - trochę męczące i jednak codziennie wiele godzin spędzają po prostu w transporcie. Co więcej miałam wrażenie, że wolałyby jechać nad morze a okazuje się, że pakują ich do busiku nad wodospad... well, to też jest forma wakacji - urlop i odpoczynek od poczucia wpływu na swoje życie, po prostu keep calm and let it go.

Chwila relaksu w zieleni. Nikogo dookoła, za nami gdzieś huczy wodospad, gdzieniegdzie przemykają małpki - o wiele przyjaźniejsze niż te w Shimli, które ukradły mi wtedy okulary. Te tutejsze po prostu podchodzą i maślanymi oczkami proszą o fistaszki :)

A tu Atlas Wysoki w oddali - a my w drodze powrotnej do Marrakeszu. Journey before destination


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...