Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 6 | Fez - Lost in Medina, for real!

Where are you going, my friend?
This way is closed.
Where are you going, my friend?
GPS is not working here.
Blue gate? Come - I will show you.

Jak refren piosenki o charakterze tragiczno-komicznym. Pojawia się regularnie, nieodwołalnie, niechciany - a kiedy się powtarza, znów i znów - czuję że gram komedię. Bezsilność i śmiech.

W feziańskiej medinie zgubiliśmy się parę razy. Takie wrażenie, jakby ścinay wyrastały spod ziemi, zakręty przemieniały się w proste ścieżki a pojedyńcze szlaki nagle rozdwajały się niespodziewanie. A GPS naprawdę tu szaleje, a maps.me pokazuje inne trasy na telefonie moim i Adama.
Działo się to częściej w momencie, gdy już nam się zaczynało śpieszyć. I znów życiowa lekcja - gdy ci nie zależy na niczym konkretnie, to dojdziesz wszędzie - a gdy chcesz się znaleźć jedynie w jednym wybranym punkcie, o wybranym czasie - zaczynasz błądzić, znajdujesz wszystko tylko nie to :)

Znalezione bezwiednie, najważniejsze lokalizacje mediny Fez:

Medresa Abu Inana - przechodziliśmy obok, ładnie wyglądało wejście, a czemu by nie wejść pomyśleliśmy. W środku pierwsza myśl - Aha! To tu można spotkać wszystkich turystów zebranych w jednym miejscu - widać wszystkich jak na dłoni na otwartej przestrzeni dziedzińca. Kręcąc się po targu traci się szeroką perspektywę - jesteś tylko ty i to co metr od ciebie - reszty nie widać, bo ginie za kolejnym zakrętem. Tutaj nagle wszystko się zmienia. 




Meczet Al-Karawijjin - do którego nie mieliśmy wstępu. Mogliśmy tylko obejść go dookoła i zaglądać przez szeroko otwarte wrota. To zaskakujące, jak wielki jest w środku. Zupełnie ginie w labiryncie suków - dopiero z punktu widokowego ponad miastem wyraźnie wyróżnia się i można dać wiarę, że przed budową giganta w Casablance, była to największa świątynia w Maroku. 
...meczet, który wcześniej działał jako uniwersytet (tabliczka przy wejściu głosiła, że był to pierwszy multidyscyplinarny uniwersytet na świecie)
Mauzoleum Idrissa II - tu też nie mogliśmy wejść.
Nugat przy mauzoleum
 Garbarnia i potworny zapach. Trafiliśmy przez przypadek, w szczycie zagubienia. Potem w przewodniku przeczytałam, że normalnie przyprowadzają tu turystów chwilowi przewodnicy za opłatą. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...