Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Droga do Jakarty minęła zaskakująco szybko. Najpierw lot 5h (czas się rozpłynął), potem przerwa w Dubaiu 6h (jedzenie, rozmowy, podsumowanie warsztatów z poprzedniego tygodnia), na koniec lot 8h (głównie sen, trochę czasu na czytanie przewodnika). W Jakarcie wyszliśmy z lotniska koło 17 już po przejściu przez wydawanie i kupowanie oficjalnych papierów. Było gorąco i wilgotno. Wraca do mnie myśl, że jest jak w Kerali, na południu Indii. Za to w Dubaiu, kiedy wysiedliśmy koło 22, było powyżej 35 stopni i nic uczucia pływania w gorącej zupie nie łagodziło.
Na lotnisku w Jakarcie kupiliśmy kartę SIM, złapaliśmy publiczny autobus do centrum miasta i zaczęliśmy wydzwaniać do hosteli. Jest szczyt sezonu. Większość miejsc była zajęta. Na szczęście w jednym hostelu udało się zarezerwować pokój 290 000 Rp (ok 3 000 Rp to 1 PLN). Mając już jakąś pewność szukaliśmy dalej, na miejscu.
Musieliśmy się szybko odnaleźć w mieście, bo zrobiło się ciemno. Punktem odniesienia była wielka latarnia, symbol narodowej niezależności Indonezyjczyków. Ludzie byli pomocni przy nawigacji, przeprowadzaniu przez ulice (tu kierowcy mają pierwszeństwo i nie byli chętni do wymijania czy zwalniania). W końcu znaleźliśmy ulicę, gdzie było zagłębie hosteli i homestay'ów. Pojawił się młody gość, który zaprowadził nas do miejsca za 130 000 Rp. Zostaliśmy tam.
Wyruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia. Zuz miała naleśnika z warzywami, a ja makaron mix veg, który kelnerka podała mi z mięsem. Teraz już się upewniam, czy mix veg jest veg.
Zapowiada się ciekawie. Ludzie ciągle się uśmiechają i łatwo wchodzą w kontakt. Trzymajcie kciuki za naszą wyprawę i wywiady.
Na lotnisku w Jakarcie kupiliśmy kartę SIM, złapaliśmy publiczny autobus do centrum miasta i zaczęliśmy wydzwaniać do hosteli. Jest szczyt sezonu. Większość miejsc była zajęta. Na szczęście w jednym hostelu udało się zarezerwować pokój 290 000 Rp (ok 3 000 Rp to 1 PLN). Mając już jakąś pewność szukaliśmy dalej, na miejscu.
Musieliśmy się szybko odnaleźć w mieście, bo zrobiło się ciemno. Punktem odniesienia była wielka latarnia, symbol narodowej niezależności Indonezyjczyków. Ludzie byli pomocni przy nawigacji, przeprowadzaniu przez ulice (tu kierowcy mają pierwszeństwo i nie byli chętni do wymijania czy zwalniania). W końcu znaleźliśmy ulicę, gdzie było zagłębie hosteli i homestay'ów. Pojawił się młody gość, który zaprowadził nas do miejsca za 130 000 Rp. Zostaliśmy tam.
Wyruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia. Zuz miała naleśnika z warzywami, a ja makaron mix veg, który kelnerka podała mi z mięsem. Teraz już się upewniam, czy mix veg jest veg.
Zapowiada się ciekawie. Ludzie ciągle się uśmiechają i łatwo wchodzą w kontakt. Trzymajcie kciuki za naszą wyprawę i wywiady.
a.
Komentarze
Prześlij komentarz