Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Uczucie, że dzieje się coś mniej prawdopodonego niż wytypowanie szóstki w totolotku i gdy dzieje się to na samym początku podróży, wróży, że będzie to podróz wielka. Takie uczucie mieliśmy dziś w samolocie. Nie tylko my rozpoczynamy 6 tygodniowe życie w drodze - Basia i Sylwia również. Od dawna widzieliśmy, że wybieramy tę samę datę wylotu i że my jedziemy do Indonezji a dziewczyny na Sri Lankę. Wiedzieliśmy też, że do Dubaju polecimy tym samym samolotem. Nikt z nas jednak nie przypuszczał, że zupełnie niezależnie wybierzemy miejca obok siebie. W samolocie z trzema kolumnami krzeseł i kilkudziesięcioma rzędami nagle znaleźliśmy się tuż obok. 22E, 22F, 22G, 22H. Magia, a 22 to cyfra miłości :)
Komentarze
Prześlij komentarz