Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Włócząc się o poranuku siadamy pod drzewem w wilowej dzielnicy. Już parę sekund później odnajduje nas pan o krótkim aczkolwiek trudnym dla mnie do uchwycenia imieniu. Rozpoczynamy rozmowę, jak długo jesteśmy w Jakarcie, trzy dni? ile mamy braci i sióstr? Gdzie dalej podróżujemy? Czy jesteśmy rodziną?Czy jesteśmy małżeństwem? Skąd jesteśmy? A gdzie to jest? A czy jest tam zimno? i już po chwili widzimy to co nas łączy - jego żona, doktor dentystka, była niedawno w Pradze, a to jest blisko miejsca, gdzie mieszkamy. My jedziemy na Borneo, a on pracował tam, w Balipakpanie, przez 14 lat - tam zresztą poznał swoją żonę. Nie mam brata ani siostry, tak jak i on ma tylko jedno dziecko. Moglibyśmy rozmawiać dłużej, gdyby tylko język nie stawiał nam tyle przeszkód po drodze. Z uśmiechem się pożegnaliśmy. Pan wskazał nam drogę do autobusu, którym możemy dojechać do Koty - starego miasta i dzielnicy portowej. Tam też się teraz udajemy.
z.
Komentarze
Prześlij komentarz