Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Mniam mniam

Dzisiaj odkryłam dla siebie parę nowych przekąsek. Mus z mąki ryżowej z mlekiem kokosowym w pojemniczkach-łódeczkach z liści bananowca oraz wściekle zielone żelkowate kuleczki otoczone w wiórkach kokosowych z nadzieniem z orzeszków ziemnych. Cieszę się z tego, bo do tej pory tutejsza kuchnia mnie nie powaliła, mimo iż mieliśmy parę fajnych (czasami wręcz cudownych) posiłków - w większości nie były to jednak rzeczy, którymi mogłabym się zajadać w nieskończoność. Łódeczki z musem ryżowym są taką rzeczą - hurra :)

W drodze na Kalimantan wygrzebałam gdzieś z otchłani sieci bloga opisującego Ketapang. Ważne żródło informacji o tyle, że w żadnym z naszych przewodników o tym miejscu nie było nic ponad to, że jest tu lotnisko oraz, że można się stąd dostać do Sukadany autobusem. Dzięki blogowi wiemy jednak, że "wbrew pozorom jest to miasto przyjazne wegetarianom, ze względu na dużą społeczność o chińskich korzeniach" oraz że w mieście tym można znaleźć wiele punktów ze świeżo wyciskanymi sokami - z trzciny cukrowej, z kokosa, mango i wielu innych owoców.

Po ulicach Ketapang chodziłam więc z czujnikiem na soki. Próbowałam napoju kokosowego - zupełnie nieprzekonujący ;) za to okoliczności w jakich go piłam były przednie. Usiedlismy na ławeczce w jednej z bocznych uliczek odchodzących od zatłoczonej głównej alei. Nieopodal bawiły się dzieciaki, które już po paru minutach swoje zainteresowanie grą przeniosły na nas. Poznawaliśmy swoje imiona, z zakłopotaniem odpowiadaliśmy, że nie mówimy w bahasa indonesia, uśmiechaliśmy się i zrozumieliśmy, że dzieciaki nie mają ochoty na wypicie z nami soku, bo poszczą. Kolejne osoby, które obok nas przechodziły przystawały, zagadywały. Poznaliśmy w ten sposób policjanta i pracowniczkę jednego z biur w Ketapang. Jestem zafascynowana zafascynowaniem i ciepłym przyjęciem, z jakim się spotykamy.

Smakowałam również soku z trzciny cukrowej, który zaskoczył mnie tym, że smakował czymś więcej niż tylko wodą z cukrem :) Sokiem tym poczęstował nas Aseng Tan w biurze FFI w trakcie tej pamiętnej rozmowy, kiedy po raz kolejny zmieniliśmy plan naszej podróży.

Wypiłam ze smakierm również sok z dragon fruita z domieszką ananasa. Miejsce, gdzie serwowano te soki, musiało wysyłać jakąś mesmeryzującą energię, ponieważ dwa razy (w południe i wieczorem) zwróciłam na nie uwagę pośród setek innych restauracyjek (dopiero po fakcie orientujac się, że jest to to samo miejsce). Przyciągnęło ono nie tylko mnie i nas, ale również Maię, którą poznaliśmy parę godzin wcześniej w biurze Fundacji Palung. Takie niespodziewane spotkanie znajomej osoby w prawie nieznajomym mieście to jak zrozumienie pierwszego pełnego zdania z języku obcym, którego się dopiero uczysz - euforia, zaskoczenie, poczucie, że to wszystko ma sens. W trakcie wspólnej kolacji mieliśmy okazję rozwinąć parę wątków, których nie dokończyliśmy w biurze. Okazało się np. że dopiero od roku miejscowym dyrektorem Fundacji Palung jest osoba z Indonezji - Tito - wcześniej były to osoby z zagranicy. Po pewnym czasie rozmowa schodzi na inne tematy. Podpytuję Maię o ramadan i o to, w jaki sposób przygotowuje się do ramadanu. Piecze ciasteczka, sprząta w domu i robi zakupy, bo po Idul Fitri wszystko zaczyna się od nowa.
z.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...