Leje, leje, leje. Obudził mnie deszcz i tak padało przez parę godzin. Dopiero jak ustało (ok. 10) zaczęliśmy się zbierać do drogi. Na nasze szczęście ten nocleg mieliśmy pod dachem i cały deszcz zdążył się w nocy / nad ranem wypadać - potem już tylko towarzyszyły nam szare chmury.
Trasa bez szałowych atrakcji po drodze - ale warto wspomnieć że:
- teren zaczyna się powoli falować, znak, że coraz bardziej na południu jesteśmy, a jakość dróg szutrowych w lesie ZNACZĄCO uległa poprawie (względem tych, na które natrafiliśmy pierwszego dnia)
- oprócz MORów (miejsc obsługi rowerzystów) robimy przystanki również w innych, pięknych okolicznościach przyrody, np. nad łowiskiem (tego dnia zamkniętym, więc towarzyszył nam tylko plusk rybek, tymczasowo niezagrożonych wyłowieniem)
- w Krasnystawie spotkaliśmy Drzewo Roku 2018 - klęczący klon.
Przy wyjeździe z Krasnystawu od rowerzysty jadącego w przeciwnym kierunku usłyszeliśmy „Będzie błocko”. I było.
Dwa kilometry stromej piaszczystej drogi, która po wczorajszej ulewie tymczasowo zamieniła się w rwący potok. My przejeżdżaliśmy ten fragment (z górki - uf) już pod wieczór, więc większość wody zdążyła wsiąknąć... ale oczywiście nie wszystko. Nasze rowerki przeszły kąpiel błotną.
Celem naszej dzisiejszej podróży był pałac w Tarnogórze i pole namiotowe położone obok niego. Miejsce parę lat temu wykupione od gminy przez obecnych właścicieli. Pałacyk jeszcze przed generalnym remontem, ale miejsce zdecydowanie ma potencjał.
Pole mieliśmy prawie na wyłączność. Na miejscu czekały dwa inne namioty jedynki i kamper. Jeszcze tylko wężem ogrodowym wyczyściliśmy rumaki, zjedliśmy kolację w kawiarence i zasnęliśmy królewskim snem, jakbyśmy nocowali w samym pałacu.





Komentarze
Prześlij komentarz