Opuszczaliśmy Jezioro Białe wiedząc, że gdzieś po drodze, w drugiej części dnia spotkamy deszcz. Nawet to nie sprawiło, byśmy wyjechali dużo wcześniej: 10:10 to nasz oficjalny rekord podczas tego wyjazdu.
Pierwszy przystanek w Woli Urhuskiej - pyszne, proste jedzenie: kuskus, ciecierzyca, pomidorki, oliwki i przyprawy, które wozimy zawsze ze sobą: czosnek, płatki drożdżowe, pieprz ziołowy i oliwa. Prawie jak w domu :) a na deser sławetny Kompas. I jeszcze spacer pomiędzy drewnianymi rzeźbami - dziada o dwóch twarzach, syrenki, flecisty, słowiańskiej panny i małych pniaczków wyciosanych w strudzone życiem chłopstwo.
Wiedząc, co działo się później, każdy z tych ruchów, opóźniających naszą jazdę, okazywał się idealnie zgrany w czasie... Po Woli Urhuskiej, przekroczyliśmy rzekę Uherkę i dalej pedałowaliśmy w kierunku Chełma - teraz już wyraźnie widząc mocne, sine chmury na horyzoncie, które na pewno nie zwiastowały przelotnego deszczyku.
Mijają nas starsi państwo z sakwami, jadą w przeciwnym kierunku, pan krzyczy - „deszcz o czternastej!”... czyli jeszcze 1,5h.
Jedziemy dalej, przez wioski, które już wcześniej, przed chwilą, smagał deszcz, my jeszcze susi. Czy nas ominie?
Zaczyna padać, kurtki na grzbiet i jedziemy dalej, bo jeszcze jest znośnie. Przestaje. Czy nas ominie?
Widzimy wyraźnie wielką ścianę deszczu gdzieś z boku, niesamowite, jakby z wielkiego wiadra, którego nie ma, spadały na ziemię tony wody.
Zaczyna znów padać, większe krople, przed tym już nie uciekniemy, mówię Adamowi - jak zobaczymy jakiś przystanek, to się zatrzymujemy. Przystanek wyłania się zza rogu, stajemy przy nim, chwila decyzji - jedziemy dalej, czy się chowamy. Deszcz nam pomógł w procesie decyzyjnym. Lunęło.
A nasz.... „nasz” przystanek - w Rudzie - okazał się idealnie skontstruowany, by wytrzymać burzę gradową, która się wokół nas rozpętała. Staliśmy więc pod daszkiem z blachy, śmiejąc się jak hieny, z naszego szczęścia - jeszcze chwilę temu jechaliśmy przez otwarte pola... a chwilę później znów znaleźlibyśmy się na otwartej przestrzeni. Takie szczęście.
Po godzinie ruszyliśmy dalej. Prosto do Chełma. A tam czekał już na nas pokój gościnny u Tessy (odremontowany hotelik robotniczy) i dalsze atrakcje.
Chcieliśmy i wziąć prysznic, i zjeść w kawiarni „Imbryk” smaczne wegańskie jedzonko, i jeszcze zrobić zakupy na dalszą część trasy i jeszcze skorzystać z jacuzzi w Chełmskim Parku Wodnym. Przy czym już 17 i zapowiadają dalsze burze.
....więc w naszym stylu - zostawiamy rowery u Tessy i taksówkami wozimy się po mieście, wspierając lokalnych małych przedsiębiorców - zaliczamy to, co powyżej oraz świetne panoramy ze wzgórza, dawnego grodu obok Bazyliki Chełmskiej.
Wszystko okazało się piękne, aż wzruszająco piękne - takie wrażenie, że zgarniamy wszystkie punkty z poziomu w grze. Gdybyśmy chcieli, to byśmy tego tak idealnie nie zaplanowali.





Komentarze
Prześlij komentarz