Ostatni fragment troszku przyfristajlowaliśmy. Adam chciał odwiedzić Rozwadów - kiedyś miasteczko, teraz przedmieścia Stalowej Woli, gdzie rozkręcają się działania sąsiedzkie. To nie po naszej trasie Green Velo, więc - by nie cofać się znów za San, który przekroczyliśmy rano jadąc do Stalowej - dalej podążyliśmy tajemniczym, słabo oznaczonym, być może archaicznym szlakiem błękitnym... i jadąc tymi niespodziewanymi okolicami, myśleliśmy sobie, że to właśnie tędy powinien wieść GV. Stare dworki, parki, kanały, bagna, nawłoć, nawłoć, nawłoć, las.
Tego dnia mieliśmy jeszcze jednego, stałego towarzysza drogi - mocny wiatr prosto w twarz lub zdecydowanie w bok (nie mógł się zdecydować, nie ostrzegał, kiedy zmieniał zdanie, co do swojego kierunku). Daleko na horyzoncie chmury zwiastowały zdecydowaną zmianę pogody. Tego dnia w wiadomościach ostrzegali przed możliwymi trąbami powietrznymi w innych częściach Polski. U nas trąb nie było, ale wiało na tyle mocno, że czasami chwiała mi się kierownica. Nieprzyjemne. Niezbyt bezpieczne.
Ale ale - nie dajmy się zwieść chwilowym uciążliwościom - oto kończymy nasz Tour de Pologne. Wjeżdżamy triumfalnie do Sandomierza i dopiero potem po podliczeniu naszej kilometrówki, ustalam, że przejechaliśmy właśnie łącznie 960 kilometrów. Fanfary. Pokłony. Podziękowania.
Zatrzymujemy się w przedziwnym miejscu, jak z poprzedniej epoki: w auto-chatkach. Właściciel miejsca kolekcjonuje zdezelowane przyczepy kempingowe i udostępnia je jak pokoje hotelowe. Większość trzyma się na słowo honoru, część nie trzyma się i Pani, która robi nam szybkie wprowadzenie do świata karawaningu, wyraźnie pokazuje, czego nie ruszać, bo już nie działa :) Traf chciał, że tej nocy zaczyna padać o 1:25 i nie przestaje do 10:30. Deszcz nieustannie wybija nam na dachu jazzowy rytm, wytrącający ze snu. Efekty specjalne zapewnia burza i błyskawice. Ale jest Doświadczenie i jest Sucho, więc cieszę się niezmiernie.
Przed południem czas na kawę (Widnokrąg)...
i pizzę (2 okna) a potem już tylko "najbardziej stresujący element wycieczki" = czyli odwieczna niepewność, wpuszczą nas do pociągu z rowerami, czy nie? będzie przedział rowerowy czy nie? oczywiście - bilety mamy wykupione już od trzech tygodni, teoretycznie w wagonach parzystych mają być miejsca na rowery (informacja ze strony PKP) - ale nigdy nic nie wiadomo. i rzeczywiście - przedziału rowerowego nie było. za to był hiper-uprzyjemy skład konduktorski, który dostrzegł człowieczeństwo naszych stalowych przyjaciół rowerków i pozwolił im zająć miejsca obok nas w przedziale pasażerskim.
Tak więc w wielkim stylu wróciliśmy do Warszawy - w drodze czyniąc podsumowania wyprawy, wyszukując naj-to i naj-tamto. tyle naj-ów, że podsumuję je w osobnym wpisie :)


Komentarze
Prześlij komentarz