uuu - dla odmiany dziś trasa niepofalowana. prościutka. i dłuższa.
Wyjazd z Rzeszowa, zaplanowany przez pijanego zająca - trasa rowerowa prowadzi to po prawej, to po lewej stronie drogi. Słuchamy się znaków, przejeżdżamy, tak jak proponują, śmiejemy się, bo to naprawdę czasami bez sensu, ale że trasa w dół i po prostu toczymy się, to nie narzekamy.
Trochę idealnego asfaltu, trochę szutru, dętka się trzyma dzielnie.
Zatrzymujemy się na dłuższy przystanek w Łańcucie. W naszym stylu udajemy się do Parku Pałacowego, nie wchodzimy do wnętrz pałacowych, nie zaprzątamy sobie głowy żadnym zwiedzaniem antycznych wnętrz, tylko szukamy wygodnej ławeczki w cieniu wielkich, starych drzew, trochę na uboczu, ale z widokiem na szlacheckie włości i ... wyjmujemy nasz obiadek. Dziś: soczewica z oliwą cytrynową, z pomidorami i makaronikiem w kształcie zębatek. Wyśmienite. Lepsze niżbyśmy zamówili w zamkowej restauracji :D Pewnie warto byłoby poznać lepiej historię tego miejsca... ale trasa woła - wracamy na siodełka.
Nim dotrzemy do dzisiejszego noclegu, robimy jeszcze dwa fragmenty trasy. Jeden, w sumie najmniej przyjemny z dotychczasowych odcinków (...no może z wyłączeniem tej pamiętnej piaszczystej nie-trasy Czeremcha-Grabarka) - przez Księże i Wątocze. Prowadzi niemal równolegle do A4, która powinna zgarniać co większy ruch - ale i tu zdarzają się ciężarówki, samochody mkną a kierowcy bawią się w wyprzedzanie na trzeciego i tuż przed naszymi nosami. Zastanawiam się, co sobie myślą, jak o 30 cm unikają spotkania z pojazdem jadącym z naprzeciwka... czy to zauważają? czy poddają to jakiejkolwiek refleksji?
Drugi fragment - dla równowagi - jest super przyjemny - przez ciągnącą się kilometrami Żołynię. Spokojna, pusta droga, przez miasteczko-wioskę. Małe domki, stawy, ogródki, koszenie trawników, sielanka. Robimy się rozleniwieni i rezygnujemy z odwiedzenia jeszcze jednego pałacyku dzisiejszego dnia - kierujemy się prosto na Leżajsk.
Docieramy tam pod wieczór i dajemy radę odwiedzić tylko cmentarz żydowski z pomnikiem Elimelecha, do którego ciągną pielgrzymki (akurat nie wtedy, kiedy my tam byliśmy) i zobaczyć Rynek, cały w remoncie. Jeszcze przed wyjazdem trafiłam na artykuł, że dosłownie dwa tygodnie temu, przy okazji renowacji miasta, odnaleźli pod nawierzchnią rynku macewy, setki macew, niektóre pozłacane i w świetnym stanie. Dziś już wszystko zabezpieczone, a macewami opiekują się specjaliści - także na własne oczy zobaczyłam nic - piach i świeży beton.
Dzień kończy wege burger (buraczany) i ciepły prysznic.





Komentarze
Prześlij komentarz