Podjazdy. Przepiękne krajobrazy. Zjazdy tak długie i strome, a wiatr tak silny, że po powrocie sprawdzę moje kostki hamulcowe, czy się nie starły!
...ale dzień ten przejdzie do historii przede wszystkim z tego względu, że... ponownie złapałam gumę! Tym razem jednak nie spotkało mnie to na pustkowiu, ale na szczycie jednego z wielu wzgórz Pogórza Przemyskiego / Dynowskiego tuż obok domu Pana Zygmunta.
Od razu nas zaprosił na swoje podwórko i przeprowadził wnikliwą analizę sytuacji. Wszystko miał pod ręką - warsztat, wannę z deszczówką, gruszki. Ustaliliśmy, gdzie pojawiła się dziura, pan Zygmunt zaczął ją łatać, a przy okazji opowiadać w swoim życiu na emeryturze, o pracy na Śląsku o pracy na wyciągach narciarskich w Sierra Nevada, o żonie, która boi się przyjeżdżać z nim na Podkarpacie, przez co pan Zygmunt nie ma z kim jeździć na rowerze. Przy okazji załataliśmy też poprzednią dętkę. Napompowaliśmy koło, zapakowałam sakwy i hajda.
Kolejne radlery 0%, które piliśmy tego dnia - oraz malinówkę, którą uraczyli nas nasi gospodarze z agroturystyki w Dąbrówce Starzeńskiej - wszystkie one były za zdrowie pana Zygmunta.
Pozostaje jeszcze wyjaśnić, dlaczego nie dojechaliśmy do Dynowa a stanęliśmy 3 km przed - w Dąbrówce. Może to był zbieg okoliczności, a może niekoniecznie: rano następnego dnia zapowiadało się na deszcz, więc zamiast udawać się na pole namiotowe w Dynowie Adam wyszukał dla nas agroturystykę w starej miejscowości, z ruinami zameczku i parku 16-wieczngo...
i właśnie jak już skończyliśmy zwiedzać i byliśmy 500 metrów od naszej agroturystyki... złapałam gumę po raz trzeci tego wyjazdu! Już nie miałam siły rozkładać roweru na części przy drodze, więc dotoczyłam rumaka na podwórko, gdzie nocowaliśmy i tam, już po prysznicu i toaście (za przebiegłość pana Zygmunta i odratowanie również drugiej dętki) na spokojnie po raz trzeci tego wyjazdu ściągałam tylne koło.
Tego dnia jeszcze załapaliśmy się na maliny - nie tylko ich jedzenie, ale zbieranie ich z krzaczków na polu. Pomogliśmy w tym naszej gospodyni, bo chmury burzowe ni stąd ni zowąd pojawiły się na horyzoncie. Zdążyliśmy nazbierać pół kobiałki nim burza z gradem rozhulała się na dobre. Czasami wszystkie prognozy pogody się mylą - jest deszcz, gdy go miało nie być i nie ma, gdy miał być.




Komentarze
Prześlij komentarz