Ostatni dzień mega podjazdów. Jadę jak na jajku, obawiając się, że po raz czwarty będę mieć flaka - ale póki co wszystko pięknie idzie, łatka Zygmunta sprawuje się świetnie. Robimy przystanek w Dynowie, by kupić zapasową dętkę. Nie ma kto mi jej zmienić (po raz czwarty już naprawdę nie chce mi się tego robić), więc dalej (i chyba już do końca podróży) pojadę na tej załatanej - a gdyby coś to świeżutka dętka jest pod ręką.
Z każdym podjazdem myślimy, że to już ten ostatni i w większości przypadków mylimy się :) dodatkowo ten szalony wiatr!
Do Rzeszowa wjeżdżamy autostradą rowerową. Pewnie oficjalnie to żadna autostrada, ale miejsca jest na ścieżce tyle, że wystarczy i dla trzech rowerów obok siebie :)
Miasto od razu robi świetne wrażenie - tyle nowych, ładnych osiedli nad wodą, tak dobrze zagospodarowany dla mieszkańców teren nad rzeką, jedzie się płynnie i ni stąd ni zowąd znajdujemy się na Rynku. Czeka nas tam świetne mieszkanko na poddaszu. Robimy pranie wszystkiego co tylko mamy - minus rzeczy, które ubieramy na siebie i już do końca dnia (i dłużej) nie przestaję cieszyć się, jakiego to mamy farta i jakie to piękne miasto. Jak zdarta płyta. Nic nie poradzę. Rzeszów jest super.
Odwiedzamy parę turystycznych landmarków (fontanna mulitmedialna?!) i jemy indyjskie na kolację (w restauracji przy PKP, która na stronie pisze, że jest przyjazna LGBT+. Takie to smutne, że zwracam na to uwagę, bo to jest wyjątkowe i warte zauważenia, przecież to powinno być w naszych ustawieniach domyślnych...)
Robimy obczajkę, w której kawiarni rano możemy liczyć na kawę z mlekiem roślinnym - i z radością stwierdzamy, że - o-o - będziemy mieć wybór miejsc :D
Tak - zdecydowanie polecam Rzeszów. Jeszcze tu wrócę, tylko na dłużej.






Komentarze
Prześlij komentarz