Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#10 Wielkie Oczy - Przemyśl

Rano deszczu nie było (a to z tego względu zdecydowaliśmy się na agroturystykę) - za to nieuchronnie zapowiadał się deszcz w drugiej połowie dnia. Sama świadomość tego jakoś paradoksalnie podnosiła na duchu - wiemy, że to się wydarzy - ale jak szybko popedałujemy, to może zmokniemy mniej :)

Tak więc pobiliśmy rekord wszechczasów - wyjechaliśmy o 8:45 - lecz szybko naszą przewagę czasową zniewlowaliśmy... bo złapałam flaka na kamieniach :) czas zmiany dętki: 25 minut :) a potem jeszcze zatrzymaliśmy się w Chotyńcu - bo obejrzeć kolejną cerkiew z listy UNESCO.
Oba te przystanki były jednak wartościowe i podnoszące na duchu. Raz - umiem zmienić dętkę w tylnim kole, dwa - to mega, że obiekty UNESCO są wciąż żywe - w Chotyńcu właśnie trafiliśmy na mszę odparwianą po ukraińsku. 



Jedna Pani uczestnicząca we mszy z zewnątrz podpowiedziała, że można bocznymi schodkami wejść na górę, by zobaczyć ikonostas i polichromie w pełnej krasie. Przepiękne były - ze względu na mszę nie wyciągałam aparatu, tylko mocno mrugałam oczami jak migawkami, by je zapamiętać.
Reszty drogi przyznam nie pamiętam - mknęliśmy na rumakach przed siebie, prowadząc wyścig z burzą. Sine chmury na horyzoncie dodawały powera... i jednocześnie zapewniały tunelową wizję - obok zjawiskowego arboretum w Bolestraszycach nawet się nie zatrzymaliśmy - byle przed siebie do Przemyśla. 


Dosłownie 2 minuty po tym, jak zajechaliśmy pod drzwi kamienicy na Rynku, gdzie mieliśmy pokój, lunęło. A u nas euforia. Że tak to wycyrklowaliśmy, że pomimo tych przystanków, tak nam się udało. Największe oberwanie chmury przeczekaliśmy biorąc ciepły prysznic, a gdy się uspokoiło wyszliśmy zadowoleni na falafelki i hummus mango serwowany w stylowej restauracji Cuda Wianki. Spacerując po rynku widzieliśmy rowerzystę z ponurą miną, który wjechał na szczyt wzgórza zamkowego i ani się uśmiechnął do panoramy - czasami nawet najlepszym się nie udaje uniknąć deszczu, a nam po prostu szczęści sprzyja. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...