Prawie od razu gdy przekroczyliśmy Bug (promem) skończył się piaskowy szlak. Był szutr, ale taki, którym swobodnie można jechać a potem zaczął się przyjemny asfalt prowadzący przez wioski i miasteczka na Lubelszczyźnie.
Przez cały dzień jechaliśmy na przeplatankę z paroma innymi grupkami rowerzystów i rowerzystek. Raz my wymijamy ich na postuju, raz oni nas, spotykamy się na wyjazdach z bocznych uliczek - my już wracając na główny szlak, oni dopiero zjeżdżając do punktów widokowych nad Bugiem. Urywki konweracji, o rowerach, o noclegach, o tym, że jak było im ciężko to sobie przypominali nas wczoraj w tych piachach i było im łatwiej. Z tych wszystkich rozmów najbardziej zapadła mi w pamięć grupka trzech pań - które wybrały się na dwutygodniowy tour po Green Velo - od Białegostoku do Kodenia. Panie w wieku 60+, z sakwami i szerokim uśmiechem. Najpierw ratowały kotka zbłąkanego przy jezdni, a potem mogliśmy z nimi chwileczkę dłużej przy MORze porozmawiać o ich wakacjach życia. Spotkaliśmy je ich 11 dnia wycieczki, teraz już pewnie wróciły do Łodzi.
I jeszcze z tego dnia zapamiętam jedzienie ziemi, o którym opowiadał ksiądz oprowadzający po cerkwii upamiętającej męczenników unickich. Ziemia ma pochodzić z tego miejsca, gdzie zostali zmasakrowami, dorzuca się jej po szczypcie do jednej herbatki dziennie, niektórzy doświadczają cudu - np. znika im rak. Obecnie prosi się, by nie rozpracowywać trawnika, by się do niej dostać, tylko zaoptrzyć się gotowe porcje w sklepiku przy domu pielgrzyma.
Czasami odbijamy od głównego szlaku, by zobaczyć w realu miejsca o intrygującej nazwie na mapie - np. Kamienna Baba. Czasami zmieniamy trasę, by szybciej dostać się do celu podróży - np. zdążyć przed zmrokiem z rozbiciem namiotu.
Dzień kiedy odetchnęliśmy ulgą - uf, czyli nie tylko przez piaski będziemy jechać!







Komentarze
Prześlij komentarz