Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Triund cz. 1 - "Recycling makes me so happy"

Zapomniałam dodać - Dharamshala i jej okolice (McLeod, Dharamkhot, Baghsu) to również miejsce wolontariatów. Krótko i długoterminowych. Można brać udział w konwersacjach językowych, można opiekować się psami ("...by pomóc im wydostać się z kręgu cierpienia"), można też zbierać śmieci na górskich szlakach. Ostatnia opcja najbardziej do nas przemówiła (chociaż w konwersacjach również wzięliśmy raz udział). Przed wyruszeniem na dwudniowy wypad w góry zaopatrzyliśmy się więc w jutowe worki na śmieci.

Największym zagrożeniem dla naszej planety jest przekonanie, że ktoś inny o nią zadba.

Zaczęliśmy z Dharamkotu około ósmej rano i już po pierwszych 40 minutach poczuliśmy, że to będzie wyzwanie. Worki szybko się zapełniały - plastikowe butelki, niektóre fantazyjnie zatknięte za kamienie, ukryte za mchem, komponujące się z otoczeniem (?) opakowania do chipsów, tetra paki po soczkach, aluminiowe puszki po napojach energetyzujących, papierki po cukierkach, gumach, ciasteczkach, blistry po tabletkach, folijki, rurki do picia, uszkodzone okulary, podeszwy od butów, breloczki - powidoki dramatów, strat i małych przyjemności.

Śmieci chodziły parami. Łatwo mogliśmy ocenić, które miejsce to typowy punkt dla złapania tchu na szlaku (tu jest więcej śmieci), a które miejsca są na tyle wymagające, że należy je po prostu sprawnie przejść (tutaj śmieci nie było prawie w cale). Wiele opakowań porzuconych na szlaku miało zieloną kropkę - znak, że to był produkt wegetariański... co z tego, bosz, co z tego, jeśli potem to ląduje w naturze i zanieczyszcza otoczenie i jest równie nieprzyjazne dla środowiska naturalnego, jak produkty non-veg.

A jednak brnęliśmy pod górę, schylaliśmy się co parę kroków i zapełnialiśmy nasze worki. Na całym szlaku spotkaliśmy może 3-4 kosze (zapełnione). Wcale nie ułatwia to ludziom w zachowywaniu porządku. Ale też nie jest to usprawiedliwienie dla pozostawiania śmieci za sobą (w tyle głowy mantra "pozostawiaj za sobą tylko ślady stóp, zabieraj ze sobą tylko zdjęcia i wspomnienia pięknych widoków"). Co jakiś czas wyprzedzały nas osiołki i konie z tobołkami. Dźwigały wodę i inne produkty, które później turyści i turystki, po dotarciu na szczyt zakupią i skonsumują. I mam nadzieję wyrzucą potem opakowania do śmieci a jeszcze później te same osiołki zabiorą te śmieci na dół... gdzie mam nadzieje ktoś zrobi z nimi coś sensownego a nie po prostu spali. Ech. Tak się to kręci w kółko.


Szłam pod górę i fantazjowałam o tym, że w tych warunkach świetnie sprawdziłaby się kolejka grawitacyjna - korzystają z takich w Nepalu. Ciężar spuszczony z góry wciąga ciężar z dołu. Tyle trudu mniej - ...tyle pracy mniej. Może dlatego nie wszędzie takie rozwiązania cieszą się powodzeniem - ich wprowadzenie równałoby się z koniecznością zmiany pracy, a to zawsze stresujące. Dlatego coś, co mogłoby się zmienić, się nie zmienia i osiołki suną ze swoimi opiekunami codziennie z dołu do góry i z powrotem.

Ku mojemu zaskoczeniu, gdy tak szliśmy w górę, osoby które nas wyprzedzały, zwracały na nas uwagę. Zagadywały, próbowały zrozumieć, dlaczego robimy taką absurdalną rzecz, dziękowały. W jednym przypadku dziewczyna wręcz nakręciła z nami krótkie video - to był świetny moment, by zareklamować lokalną organizację Waste Worriors, która specjalizuje się w takich śmieciowych spacerach i której działanie zainspirowało nas do zbierania śmieci w drodze na Triund. Po krótkim wywiadzie jej partner poprosił w małym sklepiku na szlaku o jutowy worek WW i od tej pory już nie tylko my byliśmy dziwakami w drodze na szczyt. Jest moc!

...ale chwile uniesienia nie trwają wiecznie. Stopniowo zbieranie śmieci stawało się coraz trudniejsze - nie to, że było ich coraz więcej, raczej - coraz mniej siły w moich rękach, nogach i plecach. Tuż przy szczycie ograniczyliśmy się do zbierania tylko najbardziej bulwersujących śmieci. Potem było jeszcze trudniej... dlaczego? O tym opowiem w kolejnym odcinku :)

*** Przerwa na reklamy ***

W Dharamshali mieliśmy okazję obejrzeć wystawę, która prezentowała myśl buddyjską w kontekście zmiany klimatu. Piękne plakaty wykonane techniką tanka tłumaczyły naukę o klimacie, odnosiły się również do postaw promowanych w buddyźmie. Zwracały uwagę na to, że przyczyna zmiany klimatu tkwi w naszym przywiązaniu do wygód, przedkładaniu swoich potrzeb ponad dobro otoczenia, w stylu życia bez współczucia dla innych istot. Znalazł się również plakat z rozwiązaniami (nie - zbieranie śmieci nie było tam wymienione ;)) - uprawiaj ogródek, korzystaj z transportu publicznego, rozważ konsekwencje środowiskowe przed tym jak wykorzystasz zasoby, wspieraj tych, którzy działają na rzecz ochrony klimatu, głosuj na tych, którzy przejmują się zmianą klimatu. To tylko wybrane rozwiązania, jest ich więcej :)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...

Day 5 - Sromowce Wyżne - Nowy Targ "To samo z przesunięciem"

Nim ruszymy, jemy kolejne proste i pyszne śniadanko w wersji vegan - tym razem pyszna owsianka z musem jabłkowym i brzoskwinią, gar herbaty z cytryną i kanapeczki :) Czeka nas jazda przepięknym przełomem Dunajca we mgle i być może w deszczu - więc takie ciepłe i sycące śniadanie na wagę złota! Niby wczoraj przebyliśmy tę samą trasę - tylko w łódce. Ale wrażenie, jakbyśmy byli w całkowicie nowej okolicy. A wszystko przez pogodę - wczoraj słońce, dziś szaro, niskie chmury, lekka mżawka. W efekcie, cieszę się, że teraz jest chłodniej i mokro - bo w ten sposób możemy się na nowo zachwycać tym miejscem. Tym razem w Szczawnicy tylko przystanek na szybką kawę i jedziemy dalej. Jeszcze przez parę kilometrów Velo Dunajec jest fajnie poprowadzona osobnym asfaltem, wijącym się nad rzeką - ale już tutaj zaczynają się fragmenty wzdłuż szosy z autami - zapowiedź tego, co czeka nas przez następne dni. Im dalej od (być może, jeszcze się przekonamy) głównych atrakcji szlaku, tym mniej idealnych tras za...