Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Backpackerski świat

Gwałtowna zmiana klimatu. Z Amritsaru udaliśmy się prosto do Dharamshali, a dokładnie do McLeod Ganj. To oaza dla uchodźców i uchodźczyń tybetańskich. To również raj dla backpackersów. Przedziwne połączenie. Dwa, tak różne światy, które nawzajem na siebie wpływają. Uspokajają się nerwowe dusze poszukiwaczy przygód i podróży. Rozluźniają tradycje przyniesione z Tybetu. Powstaje natchniony duchem oporu i wolności-bez-przemocy raj kawiarniano-rekreacyjny.

Po jednej stronie hotel za hotelem i/lub restauracją, po drugiej stronie ulicy
szkoła dla młodych mnichów i mniszek tybetańskich.

Chodzimy stromymi ulicami McLeod. Na każdym kroku spotykamy niebieskie ptaki, wolne duchy nieprzypisane do miejsca, dready, szarawary, wypłowiałe barwy, wytarte ubrania, tatuaże, błędny wzrok, zapadnięte policzki, ogorzałą słońcem skórę, czasami wszystko skupione w jednym ciele, czasami rozdzielone po równo pomiędzy paroma osobami. Każda z tych postaci, rozpatrywana osobno, wydaje się wyjątkowa. Chodzą jednak tymi samymi ulicami. Widujemy je seriami, w grupach. Razem wyglądają groteskowo. A pośród nich my. Równie zabawni.

Codzienna prasówka w kawiarni. Tym razem na tapecie fale upałów przetaczające
się przez Indie. W zeszłym roku ze względu na temperatury +40 stopni umarło 2300
osób. Minione miesiące 2016 były cieplejsze niż rok temu, więc przewidywania
nie są optymistyczne.

I na dodatek czuję się tu dobrze. Podoba mi się wielość miejsc z widokiem na góry, gdzie możemy zjeść pyszne banany z jogurtem polane miodem. Podoba mi się to, że moje szlaki codziennie przeplatają się z drogami Tybetańczyków. Jemy w tych samych miejscach, pijemy te same lemoniady stolik w stolik, jeździmy tymi samymi autobusami. Nawet nasz hotel prowadzony jest przez mnichów z Karnataki. W gruncie rzeczy podoba mi się też to wysokie zagęszczenie na metr kwadratowy podjętych wcześniej decyzji o życiu w drodze, o życiu z dala od domu, o życiu, w którym droga jest domem. Jednocześnie to tutaj po raz pierwszy zaczynam czuć, że mam ochotę wrócić do domu. Jeszcze nie teraz, ale niedługo. I to uczucie również mi się podoba.

Szczegóły logistyczne: W okolicy Dharamshali jest parę mniejszych miejscowości - McLeod Ganj, Dharamkhot, Baghsu. Rozsiane po górach domki z oddali zlewają się w jedno rozstrzelone przestrzennie siedlisko ludzkie. Łatwo można się pomiędzy nimi poruszać i dlatego w skrócie mówi się na to miejsce Dharamshala, nawet jeśli to jest de facto już inna miejscowość. Wszystkie one są podobne do siebie i różne jednocześnie. Najlepiej poznaliśmy McLeod i jego tybetański feel, Dharamkhot i Baghsu to dla mnie już tylko raj backpackerski, bez dodatku odmiennej kultury. Nawet kuchnia indyjska nie jest tam podstawą, normą są raczej "kontynentalne" śniadania, space cookies i tzw. Baghsu cake, czyli lokalna wersja Millionair's shortbread, brytyjskich ciasteczek z polewą karmelowo-czekoladową.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...