Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Spotkani tylko na chwilę

Mkniemy przed siebie. Wszyscy. Czasami łapiemy punkty styczne. Wtedy dzieją się spotkania. Trwają krótko, ale napełniają dobrą energią na dłużej.

W trakcie takich spotkań, o których jest ten wpis: inspirujących jak iskra, z aparatem
mi nie podrodze. Więc post wzbogacam dwoma zdjęciami spotkań przypadkowych,
ale ważnych. Tutaj: piesek, który spędził z nami pół godziny w parku w pobliżu
świątyni Dalajlamy. Pieski mają tutaj buddyjskie podejście do ludzi, nie
przywiązują się zbytnio. Gdy zebraliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną,
piesek został i nadal bawił się krzaczkiem, który usilnie chciał przegryźć.

Spotykamy Pachę (jak Pacha Mama) z Chile, która tu do Indii przyjechała studiować tradycyjne tańce. Wróci niedługo do Brazylii, gdzie mieszka od 10 lat. Do tej pory uczyła tylko tańców afrykańskich, teraz w repertuarze ma ruchy i rytmy także z innego kontynentu.

Spotykamy parę Polaków w drodze na Triund, z Gdańska, ale nie... już nie z Gdańska, teraz są w Indiach. Potem przez Nepal, Tybet i Chiny chcą wrócić koleją transsyberyjską do Polski. Może. Specjalnie postarali się o długie wizy rosyjskie, by mogli eksplorować bez ciśnienia. Nie wiadomo, gdzie wrócą, gdy wrócą.

Spotykamy Anię i Filipa. Tak, też z Polski. Nie jest "nas Polaków" tutaj dużo, ale magicznie i tak na siebie trafiamy. Są tutaj na dłużej, by szlifować tybetański. Upraszczam. Pewnie są tutaj jeszcze z paru innych powodów. Każdy ma swoje. Wszystkie ważne. Mieszkanie w Mcleodganj wynajęte z obłędnym widokiem na góry, nastraja do tego, by w pewien sposób się tu zadomowić. Filip jest w Indiach po raz 18 (słownie: osiemnasty), skarbnica wiedzy. Dobrze, że takie osoby stają się przewodnikami wycieczek. Jeszcze lepiej, gdy czasami takie osoby spotykamy ot tak. Bez planowania. Podczas trzęsienia ziemi. Delikatnego. Nie będę dramatyzować. Ale i tak to tak zapamiętam. Zatrzęsła się wtedy restauracja, chwila dezorientacji "uciekać, czy zostać, bo to minie". Zostać. "To nic poważnego, to się tu zdarza." słyszę w j.polskim od nieznanej mi jeszcze osoby - Filipa. Rozmawiał wcześniej po tybetańsku z Anią i ich nauczycielką języka. Chwilę później okazuje się, że z Anią mamy wspólnych znajomych i wcześniej słyszała o naszej drodze do Indii lądem. Świat jest mały i niesamowity. Ania wcześniej w Warszawie działała na rzecz wolnego Tybetu. Teraz jest bliżej sedna sprawy. Bliżej centrum czuć mocniejsze wibracje, i taka była też nasza rozmowa, dynamiczna, wirująca, szybka, o tym jak jej babcia zaczęła ćwiczyć medytację zafascynowana Ani fascynacją, jak jeść tsampę, by smakowała, jak spędzić czas w Bodhgai, by doznać duchowego uniesienia, jak znajduje się nowe wcielenie Panchenlamy i czego można się o sobie dowiedzieć, szukając swoich poprzednich wcieleń. wow.

Dalajlamę widzieliśmy przez przypadek, przez parę sekund. Ale myślę, że
to krótkie zdarzenie dobrze wpisuje się w leitmotive tego wpisu ;)

Spotykamy się na chwilę. Rezonujemy i łapiemy te same fale. Po to, by po chwili inna fala poniosła nas dalej. Droga to ocean. Gdy weszłam do niego, fala z nóg mnie zmiotła.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...