Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

W mistycznym wirze

Derwisze tańczą w auli Centrum Kultury w Konii co tydzień. Widownia pomieścić może kilkaset osób. Wnętrze oświetlane jest koncertowymi lampami, czerwonymi, białymi, zielonymi. Przed występem z ambony wygłaszane jest płomienne kazanie. Trudno uwierzyć, że w takich stadionowych warunkach zaraz nastąpi tutaj ekstaza religijna. A jednak, zaraz doświadczymy czegoś wyjątkowego - co automatycznie wciśnie nas w fotel swoim obezwładniającym pięknem.

Zanim jednak tancerze wyjdą na arenę, zanim widownia się zapełni, zanim większość widzów dotrze na miejsce performansu, uczestniczymy w wykładzie o Mevlanie, jego miłości i flecie ney. Wykad prowadzi go irański emerytowany profesor, który mieszka w Konii od 3 lat i z "miłości do Boga" prowadzi wolontariacko pogadanki o Rumim. Dowiaduję się wtedy, że ideałem sufich jest pustka w środku, bo tylko ona pozwoli na wypełnienie się miłością do Boga a flet, na którym wygrywana jest muzyka do tańca derwiszy, to symbolizuje. Flet ney wykonany jest z wydrążonej trzciny (lub bambusa). Przepływa przez niego powietrze - to które wlatuje przez ustnik, jest tym samym powietrzem, które wylatuje z fletu z drugiej strony. Jednak połączenie wiatru i pustego wnętrza tworzy muzykę - wyraz miłości Boga.


Taniec derwiszy jest szybki i wolny jednocześnie. Tancerze wartko przebierają stopami, które jak górski strumyk mienią się mi w oczach. Szaty zaś miękko i łagodnie płyną nad ziemią, jak leniwa rzeka. Każda postać, jak lej wody lub małe tornado, wiruje po kole i dookoła własnej osi. Tancerze mają białe stroje. Dwaj tancerze-mistrzowie skrywają je pod czarnymi płaszczami - oni nie wirują, oni uruchamiają postaci, wprowadzają w ruch kolejne osoby. Gdy kroczący po okręgu biali dochodzą do czarnego mistrza, kłaniają się i powoli zaczynają wirować. Ręce wcześniej złożone wzdłuż ciała, powoli podnoszą do góry i rozkwitają, jak kwiat i już nie są sobą. Muzyka wydobywająca się z fletów ney staje się nimi a oni muzyką. Niby to ci sami tancerze, ale muzyka ich przemieniła. Niby to przedstawienie na dużej auli, ale czuję, że dla nich ma to głębokie mistyczne znaczenie.


Gdy muzyka cichnie, a dzieje się to w regularnych odstępach co parę minut, tancerze ustawiają się po okręgu. Obejmują ściśle swoje ramiona. Przysuwają się do siebie tak, że po chwili wszyscy stoją jak słupy, parami, trójkami, opierając się o siebie. Odpoczywają? Pomagają sobie złapać balans? Po chwili znów drepczą a potem wirują.

W szczodrości i ofiarowaniu pomocy bądź jak bystry strumień.
Okazując miłosierdzie i współczucie bądź niczym słońce.
Bądź jak noc okrywająca płaszczem wady innych.
Gdy ogarnie cię gniew i irytacja, bądź jak śmierć.
W skromności i pokorze, trwaj jak ziemia.
Tolerancja, niech będzie jak bezkresne morze.
Bądź takim, jakim jesteś albo takim, jakim się pokazujesz.
--- Mevlana Rumi

Szczegóły praktyczne: Derwisze wirują w Konii tylko w soboty. Wstęp jest darmowy. Przed tańcem (o 19:00), jest wykład (o 18:00). Wstęp do Muzeum Mevlany również jest darmowy. Warto przed wejściem do muzeum troszkę poczytać o zakonie derwiszy, bo wtedy imiona, które pojawiają się na tablicach informacyjnych zaczynają mówić coś więcej i wszystko układa się w ciekawą opowieść. W muzeum jest jeden nieopisany eksponat. Nie przygotowaliśmy się do wizyty, więc nie wiedzieliśmy dlaczego osoby podchodzą do jednej ze szklanych gablot i ze szczególnym namaszczeniem głaszczą szkło, kłaniając się nisko. Okazało się, że na środku otwartej sali na wprost od grobu Rumiego w szklanej gablocie, w której stoi perłowa szkatułka schowany jest włos Mahometa.

Grob Rumiego (dokladnie pod turkusowa kolumna)
i Muzeum Mevlany w jednym.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#5 Smakowitości w Zjadliwości

Ostatni dzień pod hasłem jedzenia - którego najpierw nie było, a potem było go aż nadto.  Startujemy znad Zalewu bez śniadania, licząc że w pierwszej większej miejscowości coś znajdziemy. Oops - niedziela, przed południem.  Pedałujemy dalej licząc, że w Tomaszowie Mazowieckim będzie na dworcu jakaś Biedra lub fryteczki. Oops - tylko sklepik z lodami.  Pierwszy ciepły posiłek jemy więc dopiero w Łodzi, na Piotrkowskiej, w przybytku smakowitości, w świetnej restauracji z kuchnią roślinną - Zjadliwości . Dal z kalafiorem. Sałatka z kwiatami jadalnymi, edamame i szparagami. Sernik w wersji wegańskiej z ziaren słonecznika. Kawa. Jest dobrze. Jest bardzo dobrze.  Kończymy wyjazd po królewsku - wracamy do Wawy "Sprinterem" - który w godzinę (!) dowozi nas i nasze rumaki na Warszawę Główną. Z perełek, które tego dnia odwiedziliśmy, warto zapamiętać Niebieskie Źródła w Tomaszowie. Podwodne źródełko, które wygląda jak błotniste wulkany, wybuchające turkusowym piaskiem. Miejsce...

Day 5 - Sromowce Wyżne - Nowy Targ "To samo z przesunięciem"

Nim ruszymy, jemy kolejne proste i pyszne śniadanko w wersji vegan - tym razem pyszna owsianka z musem jabłkowym i brzoskwinią, gar herbaty z cytryną i kanapeczki :) Czeka nas jazda przepięknym przełomem Dunajca we mgle i być może w deszczu - więc takie ciepłe i sycące śniadanie na wagę złota! Niby wczoraj przebyliśmy tę samą trasę - tylko w łódce. Ale wrażenie, jakbyśmy byli w całkowicie nowej okolicy. A wszystko przez pogodę - wczoraj słońce, dziś szaro, niskie chmury, lekka mżawka. W efekcie, cieszę się, że teraz jest chłodniej i mokro - bo w ten sposób możemy się na nowo zachwycać tym miejscem. Tym razem w Szczawnicy tylko przystanek na szybką kawę i jedziemy dalej. Jeszcze przez parę kilometrów Velo Dunajec jest fajnie poprowadzona osobnym asfaltem, wijącym się nad rzeką - ale już tutaj zaczynają się fragmenty wzdłuż szosy z autami - zapowiedź tego, co czeka nas przez następne dni. Im dalej od (być może, jeszcze się przekonamy) głównych atrakcji szlaku, tym mniej idealnych tras za...