Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Jedziemy przez Słowację i staram się sobie przypomnieć, kiedy ostatnio byłam w takich pięknych, wysokich i ośnieżonych górach - pamięć podpowiada mi że nigdy, potem poprawia się, że kilkanaście lat temu na jakimś zimowisku. Jeszcze nie możemy uwierzyć, że jesteśmy już w drodze do Indii. Śnieg dookoła wprawia nas w dysonans poznawczy. W całościowym rozrachunku to powinno być jednak łatwiejsze do zrozumienia dla umysłu - stopniowe wprowadzanie się w stan 40 stopni C - niż nagłe spotkanie z falą upału, która ścina z nóg zaraz po wyjściu z samolotu.
Wiemy już, że paru rzeczy ze sobą zapomnieliśmy zabrać, głównie Adam zapomniał zabrać ;), ja jeszcze czekam na moje szokujące odkrycie wielkiego braku. Może nie nadejdzie - wzięliśmy ze sobą dużo rzeczy, za dużo, ale nie byłam w stanie powiedzieć "nie, to i to na pewno mi się nie przyda".
Szczegóły techniczne: z Warszawy wyjechaliśmy nocnym LuxExpress (45 zł/osobę) do Budapesztu. Następnie od razu wsiedliśmy do pociągu do Belgradu (15 euro). Teoretycznie mieliśmy 2 godziny zapasu na przesiadkę, ale ze względu na śnieg autokar wolniej jechał przez Słowację + trzeba jeszcze metrem podjechać z przystanku autokarowego na dworzec kolejowy Keleti. W efekcie na dworcu byliśmy na 20 minut przed odjazdem. W Belgradzie zaś po dwóch godzinach wsiedliśmy w nocny pociąg z kuszetkami do Sofii (32 euro / osobę).
| Adam, który rozpamiętuje, jak to się stało, że nie spakował kubka i znajduje na to naprawdę dobre wytłumaczenie. |
Wiemy już, że paru rzeczy ze sobą zapomnieliśmy zabrać, głównie Adam zapomniał zabrać ;), ja jeszcze czekam na moje szokujące odkrycie wielkiego braku. Może nie nadejdzie - wzięliśmy ze sobą dużo rzeczy, za dużo, ale nie byłam w stanie powiedzieć "nie, to i to na pewno mi się nie przyda".
| ...i koniec końców spakowaliśmy się tak. |
Szczegóły techniczne: z Warszawy wyjechaliśmy nocnym LuxExpress (45 zł/osobę) do Budapesztu. Następnie od razu wsiedliśmy do pociągu do Belgradu (15 euro). Teoretycznie mieliśmy 2 godziny zapasu na przesiadkę, ale ze względu na śnieg autokar wolniej jechał przez Słowację + trzeba jeszcze metrem podjechać z przystanku autokarowego na dworzec kolejowy Keleti. W efekcie na dworcu byliśmy na 20 minut przed odjazdem. W Belgradzie zaś po dwóch godzinach wsiedliśmy w nocny pociąg z kuszetkami do Sofii (32 euro / osobę).
| a z udanej przesiadki pomimo opóźnienia autobusu cieszymy się właśnie tak. 5 minut później już jedziemy. |
Komentarze
Prześlij komentarz