Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

W Istambule z Hasanem

Chcemy jak najczęściej nocować u lokalnych osób, by z ich perspektywy poznawać kolejne miejsca. O tym, co robiliśmy w Istambule i jak doświadczyliśmy tego miasta zadecydował więc Hasan i Couchsurfing.

Hasan ma coś około czterdziestki i pochodzi z fajnego nadmorskiego miasta na północy Turcji. W rodzinnym mieście oprócz pracy w kopalni węgla i turystyki nie ma jednak zbyt wielu innych możliwości zarobkowych, więc wyjechał do stolicy. Pracuje jako ochroniarz na jednym z uniwersytetów w Stambule, wcześniej pracował w bibliotece a jeszcze wcześniej jako piekarz. Był również w Iraku, tak jak wiele innych chłopaków odbywających standardową, obowiązkową służbę trwającą 18 miesięcy (teraz 12 miesięcy). Miał farta i przeżył, ale stracił na wojnie kolegę. Nie podoba mu się jak obecny rząd sympatyzuje z kościołem, nie podobają mu się również Kurdowie, ponieważ łączy ich działalność z aktami terroru, które w ostatnich miesiącach dotykają Turcji. W tutejszej telewizji Kurdowie zresztą też tak są przedstawiani, więc przynajmniej w tym Hasan zgadza się z władzą. Nie odnosi się do tego, jak walczą w Syrii z Państwem Islamskim, tylko co próbują ugrać w Turcji. Kolejny raz myślę sobie, że świat jest bardzo skomplikowany i że można go rozumieć na wiele sposóbów.


Hasan na Couchu jest po to, by ćwiczyć język - nauczył się angielskiego jakieś 10 lat temu i nie chce go zapomnieć. Myśli o emigracji gdzieś za granicę, więc tym bardziej mu się to przyda. Pytał, jak w Polsce odbierani są imigranci. Spłonęliśmy czerwienią i wytłumaczyliśmy, że niestety nie ma teraz dobrego klimatu, by wyjeżdżać do Polski za pracą. Teraz myślę, że przecież potrzebujemy różnorodności i mogłam go jednak bardziej zachęcić.

Hasan Mieszka w Pendiku - dzielnicy oddalonej od historycznego centrum Stambułu o jakieś 30-50 km. W skali tak rozległego miasta jak Stambuł to coś w stylu Grochowa względem Rotundy ;) Co dzień przemieszczaliśmy się więc pomiędzy centralnymi Sultanahment i Uskudar a "naszą dzielnią" - w której wg Hasana jest więcej przestrzeni i jest bezpieczniej. Pozwoliło nam to rozkoszować się różnorodonością Stambułu - zarówno architektoniczną jak i lifestajlową.

Od pierwszego dnia prawie co dzień przygotowujemy sałatkę, którą zrobiliśmy z Hasanem na przywitanie. Kupił zieloną paprykę, pomidory i biały ser peynir. Z odrobiną soli, słodkiej papryki, pieprzu i oliwy smakuje pysznie.


Rozstaliśmy się na przystanku, z którego my pojechaliśmy na pociąg do Konyi a on do pracy w Kadikoy. Towarzyszy mi teraz takie nieokreślone wrażenie, że można w sobie łączyć sprzeczności i w jakiś dziwny sposób z jednej strony żywić niechęć do innych, obcych osób, z którymi nie ma się bezpośredniego kontaktu i być po prostu dobrym, uczynnym człowiekiem względem osób i zwierząt z najbliższego otoczenia.


Szczegóły praktyczne: Na Couchu upubliczniłam fragment naszej trasy, który wydawał się nam w miarę pewny (łącznie z datami). W ten sposób hostom z Istambułu pojawia się na tablicy info, że przejeżdżamy przez to miasto wtedy i wtedy i że tyle a tyle osób poszukuje noclegu. Korzystałam wcześniej z tego rozwiązania, ale tylko teraz otrzymaliśmy w ten sposób około 300 wiadomości zapraszających do zatrzymania się u konkretnych osób. Większość z tych zaproszeń to jednolinijkowe teksty od osób bez referencji, z nie do końca wypełnionym profilem - z tych po prostu nie korzystamy. Część jednak napisały fajne osoby, które chętnie kogoś poznają i komuś udostępnią nocleg. Warto było przekopywać się przez te wiadomości, bo tym razem było to efektywniejsze niż tradycyjny sposób pytania się o nocleg wybranej osoby z listy. Także polecam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...