Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Dzień zaczął się sielsko, wolny start na kempie, Adam czyta książkę, ja spisuję wspomnienia z trasy nim zapomnę Wszystko Co Małe a Ważne. Wyjeżdżamy o 11, trasa prowadzi przez pola i lokalnymi drogami. Mijamy ogromną stadninę koni, głaszczemy młode źrebaki i znów wsiadamy na rowery.
Niedługo potem czeka nas długi odcinek po muldach przez osuszone bagna. Męczące. Tam spotykamy panią rowerzystkę, która podróżuje tak jak my, ale solo. Na trasie jeszcze parę razy tego dnia się miniemy. Gdzieś pod lasem spotyka nas pierwszy deszcz, potem kolejne, potem burza i mocny wiatr. Gdy się przejaśnia i jedziemy dalej, przejeżdżamy kałuże szerokie na całą polną drogę. Tam właśnie Adam utyka w błocku, co szybko schnie na twardo i przypomina cement. Nasze oba rowery są totalnie nim oblepione.
Deszcz co chwila wraca - takie wrażenie, że jedziemy w tym samym kierunku co burza, czasami ją doganiamy i wtedy nas chlapie tym deszczem i straszy grzmotami, czasami zostawia nas w tyle i możemy schnąć podczas pedałowania. Ostatecznie docieramy do świetnego kempingu, gdzie przy jeziorze mamy okazję obmyć rumaki. Cały dzień - pewnie przez pogodę, a może przez trasę lub brak stricte wegańskich olśnień - raczej umiarkowanie przyjemny - ale na pewno taki, który mocno zapamiętamy :) więc warto było.
P.s. W Nymburku trafiliśmy na wegańską lodziarnię - lody o smaku orzechów laskowych i migdałów były przesmaczne.
Niedługo potem czeka nas długi odcinek po muldach przez osuszone bagna. Męczące. Tam spotykamy panią rowerzystkę, która podróżuje tak jak my, ale solo. Na trasie jeszcze parę razy tego dnia się miniemy. Gdzieś pod lasem spotyka nas pierwszy deszcz, potem kolejne, potem burza i mocny wiatr. Gdy się przejaśnia i jedziemy dalej, przejeżdżamy kałuże szerokie na całą polną drogę. Tam właśnie Adam utyka w błocku, co szybko schnie na twardo i przypomina cement. Nasze oba rowery są totalnie nim oblepione.
Deszcz co chwila wraca - takie wrażenie, że jedziemy w tym samym kierunku co burza, czasami ją doganiamy i wtedy nas chlapie tym deszczem i straszy grzmotami, czasami zostawia nas w tyle i możemy schnąć podczas pedałowania. Ostatecznie docieramy do świetnego kempingu, gdzie przy jeziorze mamy okazję obmyć rumaki. Cały dzień - pewnie przez pogodę, a może przez trasę lub brak stricte wegańskich olśnień - raczej umiarkowanie przyjemny - ale na pewno taki, który mocno zapamiętamy :) więc warto było.
P.s. W Nymburku trafiliśmy na wegańską lodziarnię - lody o smaku orzechów laskowych i migdałów były przesmaczne.




Komentarze
Prześlij komentarz