Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Dzień 21 | Kostrzyn nad Odrą - Zamęt

Ruszyliśmy wcześnie rano o 8:30 - blisko naszego rekordu - tylko z tego względu, by mieć czas na spacer parkiem narodowym. Niestety szlak R1 prowadzi południową jego granicą, z której to strony jest mniej infrastruktury parkowej a tym samym trudniej tak z marszu dostać się do świetnej lokalizacji i poobserwować ptaki. Nasze doświadczenie z tego Parku jest więc nieco zmącone, pozostał pewien niedosyt. Co nie zmienia faktu, że bagna, że otwarta przestrzeń, że klucze na niebie zrobiły na nas wrażenie.

Jest jeszcze jeden powód dla którego myślę, że to wielka szkoda, że R1 wytyczono taką a nie inną trasą. Przez 11 kilometrów szlak prowadzi drogą krajową, bez pobocza, którą kursują tiry i szybko śmigają auta. Niby to tylko 11 kilometrów, ale to wystarczyło, by mieć najmniej przyjemną sytuację na drodze z całego trzytygodniowego wyjazdu. Niby tylko 11 kilometrów, ale zżera to tyle zasobów uwagi, że męczy potwornie i zostawia niesmak na wiele kolejnych godzin. Kątem oka widzisz ciekawy krajobraz, ale nawet nie masz możliwości, by w pełni się nim zanurzyć - tylko pedałujesz do przodu, mówisz sobie w myślach to minie to minie i odliczasz kilometry do końca. Bez sensu.

Na szczęście to tylko 11 kilometrów. Potem czekały nas już same przyjemności (Oleśno Lubuskie! Rozmowa z Zielonymi! Zasmażana kapusta! "Antyczne" mury miasta! Duże budowle w malutkim mieście!)...

...i dużo potu wylanego na podjazdach, ale takiego dobrego potu - wylanego na rzadko uczęszczanych drogach pomiędzy wioskami i na piaszczystych leśnych ścieżkach, którymi nikt o zdrowych zmysłach (lub o lepszych mapach) nie jeździ na rowerze.


Te przyjemności i te zaskakująco pagórzyste lubuskie drogi sprawiły, że cały etap zajął nam 1,5 godziny więcej i do Zamętu przyjechaliśmy spóźnieni. Ale. Kolacja. Życia. Poczekała. Na. Nas. Nim. Się. Rozpoczęła. Uf.

Kolacja w Leśnym Klubie Kolacyjnym to doświadczenie, które stanowiło wisienkę na torcie dla naszej wyprawy. Jeszcze przed wyjazdem potwierdziliśmy nasze uczestnictwo. Nie znaliśmy szczegółów naszej trasy, ale wiedzieliśmy, że w ten lub inny sposób tego wieczora będziemy w Zamęcie - pośrodku niczego i jednocześnie w otoczeniu wszystkiego co sprawia, że życie jest dobre: las, rzeka, piękni ludzie, lokalne jedzenie, dobroć, wsparcie, pomysły i chleb z oliwą.

Miejsce spotkania to ławeczka w osadzie, w której jest tylko parę domów. Następnie grupa kilkunastu osób, pod przewodnictwem Magdy, snuje się przez trawę w kierunku lasu. Potem zssuwa się z leśnego zbocza i przekracza rzekę kładką lub po pniu drzewa. Potem natrafia na zastawiony stół ozdobiony wiązkami nawłoci. Po czym następuje już tylko degustacja Wszystkiego - świeżego chleba, lubuskiego wina, cukinii z kwiatami nasturcji, dyni z kurkami, sałatki z pesto rukolowym… a najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, jak bardzo wszystkie elementy są przemyślane i pozyskane lokalnie - nie tylko warzywa i jadalne kwiaty - również ceramika, lampy, szkło i szyszki, które wylądowały w lemoniadzie. Majstersztyk ekonomii społecznej.
Na kolacji 20 osób, z okolic ale nie tylko. Wyjątkowe wydarzenie przyciąga wyjątkowych ludzi - 4 godziny kolacji minęły niepostrzeżenie. 
Zasiedliśmy do stołu, przy którym czekały już na nas lemoniady. Był też świeży chleb i lokalny olej. Szczerze? Gdyby na tym się skończyło i tak byłaby to najpyszniejsza chwila tego wyjazdu. 
A to menu, które Kuba przy okazji każdej kolacji zmienia - gotuje z sezonowych warzyw, tych, które są dostępne tu i teraz.
A oto doskonałość - dynia z kurkami. 
Mam nadzieję, że jeszcze tu kiedyś wrócę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...