Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Dzień 20 | Berlin - Kostrzyn nad Odrą

Tego dnia pomogliśmy sobie pociągiem. Dojechaliśmy do Frankfurtu nad Odrą w mniej niż godzinkę i mieliśmy w planie już tylko relaksującą trasę wzdłuż Odry w kierunku Kostrzyna.
Decydowaliśmy się właśnie na dokładny szlak, którym podążymy - do wyboru jest trasa i po polskiej i po niemieckiej stronie - gdy podjechał do nas pan, który z miejsca zachęcił nas do tego, byśmy nie wybierali ani jednego ani drugiego rozwiązania, tylko podążyli za nim a on nam pokaże, jak polnymi drogami (po stronie niemieckiej) pięknie przejechać pierwsze kilometry trasy (do Lebus). 
Oczywiście… skorzystaliśmy z jego propozycji i już chwilę później jadąc nieśpiesznym tempem przed siebie, prowadziliśmy rozmowę o tym, jak Słubice mają się do Frankfurtu, które miasto jest bogatsze, w którym mieście, co jest lepsze i jaka przyszłość czeka obie miejscowości. Pan, który okazał się chirurgiem pracującym we Frankfurcie a mieszkającym w Słubicach, eskortował nas do samego Lebus. Polecił restaurację (w której w menu widzieliśmy tofu curry :)) a sam wybrał inną miejscówkę na szybkie małe piwo i powrót do domu. Ścieżka, którą nam pokazał, okazała się zjawiskowa. Takie cudowne zrządzenie losu, że akurat w tym momencie się pojawił, zagadnął nas a my pokiwaliśmy głowami - w innym wypadku pierwsze kilkanaście kilometrów przejechalibyśmy nieciekawą trasą wytyczoną wzdłuż drogi szybkiego ruchu (szlak rowerowy dopiero od Lebus zaczyna wić się wzdłuż Odry).
Jazda koroną wału okazała się ucztą dla oczu. Pogoda tego dnia szczególnie dopisała. Deszcz złapał nas tylko w momencie, gdy jedliśmy obiad we Frankfurcie a potem na niebie zostały już tylko piękne, dramatyczne chmury jakby żywcem wyjęte z obrazów Wyspiańskiego.
Będąc coraz bliżej Kostrzyna, czułam nadchodzący „kolejny” koniec naszej podróży. Pierwszy raz nasza wyprawa zakończyła się dla mnie w Berlinie - wielki finał długiej trasy wzdłuż Szprewy. Dziś następny finał - wracamy do Polski. I takich zakończeń jeszcze parę przed nami. W zasadzie każdego kolejnego dnia skończy się coś innego ;) Jutro - czeka nas finałowa kolacja. Pojutrze - czeka nas spotkanie z rodzicami i reunion z Kosmosem, by ostatecznie przed północą zakończyć wszystko - wejść do domu i zasnąć we własnym łóżku …ale póki co: Kostrzyn nad Odrą.

Nocujemy w hostelu, który działa w ładnie odnowionym budynku dworca PKP. Klarma - ponieważ nasz pierwszy nocleg podczas tego wyjazdu - we Wrocławiu - również był w hostelu w budynku dworca. Brakuje tu zdjęć - pod koniec już pewnie ze zmęczenia nie cykałam tyle fotek, tylko znacząco mrugałam oczami i próbowałam zachować wybrany widok w pamięci. Tak więc na zdjęciach, których nie zrobiłam znajdują się: kaczka dziwaczka i podświetlona fontanna z przyjemnego parku miejskiego w centrum Kostrzyna, pomnik Lwa i jego grzywa jakby utkana z kamiennych kuleczek i ujście Warty w promieniach zachodzącego słońca, które widzieliśmy z wiaduktu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...