Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Dzień 18 | Furstenwalde - Berlin

Trasa głównie przez las, czasami przez pola, lokalnymi drogami, zygzakiem przez wioseczki dookoła Berlina - wiatr w twarz #najgorzej.

Postanowiliśmy chwilkę odpocząć na ławeczkach w lesie (znów: brak zdjęć, ale miejsce dość dziwaczne, żadna polana, gęsty las, ławeczki, mała karuzela, drewniane muchomory i pięć gigant ołówków z pali drewna, z powykrzywianymi twarzyczkami…) i siedząc w tej trochę potworkowatej przestrzeni widzimy, jak mija nas para niemieckich rowerzystów, z którymi rozmawialiśmy dzień wcześniej w Furstenwalde. Zatrzymują się na nasz widok i chwilę rozmawiamy. Oni, wiedząc o tym, z której strony będzie wiał dziś wiatr, zdecydowali się: a) wsiąść do swojego samochodu, do którego załadowali rowery; b) przejechać z całym dobytkiem do Berlina; c) zostawić tam samochód i wsiąść na rowery; d) dojechać znów do Furstenwalde (spotkaliśmy ich jadących w przeciwnym kierunku do naszego, co nieźle nas zdziwiło); e) wsiąść do pociągu i w 20 minut znów dojechać do Berlina. Można? Można. Kolejny tip, jak ułatwić sobie podróżowanie, gdy pogoda w kratkę.

My dojechaliśmy do celu naszej podróży tradycyjnie, jadąc cały czas w jedną stronę, jednym środkiem transportu - naszymi czarnymi rumakami. Chcieliśmy na samym końcu zrobić sobie triumfalną fotkę przy wjeździe do Berlina... ale przegapiliśmy tabliczkę... lub jej wcale tam nie było. Tak więc trasę wzdłuż rzeki Spree skończyliśmy niepostrzeżenie. Oficjalnie kończy się gdzieś w Kopenic, gdzieś w pobliżu miejsca, w którym akurat zrobiliśmy sobie przerwę na lunch.
Gdzieś tu - na przedmieściach Berlina, kończy się trasa Spreeradweg, którą podążaliśmy przez ostatni tydzień.
W Berlinie, podobnie jak i w Dreźnie, na początku szok - tyle rowerzystów, tak szybko jeżdżą, tyle strzałek na asfalcie, których nie rozumiemy. Dopiero następnego dnia, kiedy jeździłam już bez sakw po mieście i bez butów spd, poczułam absolutną radość i lekkość - póki co pewien stresik.

Mały highlight tego pierwszego dnia w Berlinie to przepłynięcie promem, który łączy dwa brzegi Szprewy - płynie się dosłownie 2 minuty, ale warto (nawet te 5,80 euro na dwie osoby) - bo w ten sposób przez parę kilometrów można jechać najpierw jednym, trochę zdziczałym parkiem Volkspark Wuhlheide, a potem, po drugiej stronie następnymi: Spreepark i Treptower park, który szczególnie przypadł nam do gustu.

Dzień jazdy zakończyliśmy w kawiarni Neue Republik Reger. Było tam dokładnie to czego potrzebowaliśmy: idealna kawa, idealne ciasto bananowe, idealne fryteczki z idealnym sosem sriracha garlic. Okolica taka, w której chciałabym mieszkać: kamienice, mały ruch na ulicy, spokojne tempo, ale wyczuwalna dobra, sąsiedzka energia ludzi i coś takiego inspirującego do robienia rzeczy w nowy sposób.
Po pit stopie w kawiarni zawitaliśmy u Daniela, znajomego Adama sprzed lat, u którego zatrzymaliśmy się na dwa dni. Wieczór wypełniony był dalszymi poszukiwaniami wegańskich miejsc - w których z kolei moglibyśmy zjeść kolację. W Berlinie dużo łatwiej o klęskę urodzaju w tym temacie - proces decyzyjny trwa dużo dłużej, gdy na jednej ulicy pod nosem masz cztery miejsca, z których wszystkie wydają się godne posiedzenia. Wybór padł na Soya Kitchen i w moim przypadku pysznościowe red curry :)
Taki widok z okna przez najbliższe dwa dni
Całości dopełniło skupienie się w trójkę nad mapą. Mapa wielka jak obrus stołu - bo i Berlin ogromny. Doświetlamy sobie szczegóły mapy nisko zawieszoną lampą - wygląda to profesjonalnie, jak planowanie skoku na bank. Tak zaplanowaliśmy skok na Wszystkie Atrakcje Berlina, Które Chcieliśmy Objechać w Jeden Dzień.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...