Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Dzień 17 | Neuendorfer See - Furstenwalde

Pobudka nad jeziorem, krótka joga na trawie przy brzegu, gotowanie owsianki z przygodami - tak silny wiatr, że gaśnie palnik. Ale znajdujemy sposób. Więc śniadanie i posiłek na drogę przygotowany.

Ruszamy w drogę: las las las

Stuletnie mosty drewniane

Małe wioseczki bez spożywczaków

Asfalt przez las i las las las

Piasek! Jedziemy przez piasek - po raz pierwszy podczas tej podróży, jaka atrakcja!

Las las las

Ambony w lesie z logiem ikei? Ale nie mam wytłumaczenia - czy to może ich las, z którego pozyskują drewno?

Las las las, nagle wczesny dojazd do furstenwalde

...i czekamy. Czekamy na Petrusa, który dziś nas będzie gościł. Rozglądamy się za kawiarnią, bo w mieście niewiele jest do zobaczenia... poza tym zmęczeni już jesteśmy - najpierw uruchamiamy poszukiwania z wysokiego C, szukamy na happycow i tripadvisorze jakiejś fajnej wegańskiej knajpki... nie ma. No to jakiejś jakiejkolwiek, gdzie będzie cappucino na sojowym. Nie ma... no to jakiejkolwiek... otwartej? W okolicy nie ma - więc jedziemy przez miasteczko i trafiamy na jedyną chyba czynną do 22. Z warzywnym strudlem i rooibosem waniliowym. Smacznie.

Dostaję sms, że nasz host już w domu. I dopiero w tym momencie zaczyna się coś, co zapamiętamy z tego dnia na pewno - spotykamy Petrusa :)
Urodził się w Holandii, wyjechał na studia do Moskwy uczyć się rosyjskiego, rozkręcił tam jakiś biznes, po czym stracił wszystko. Próbował pracy jako tłumacz z rosyjskiego, ale to też nie wypaliło. Po latach wyjechał do Francji, zaczął pracę w Fedexie. Obecnie mieszka od jakiegoś czasu w Niemczech - ale nie wygląda to na koniec jego wędrówki. W mieszkaniu panuje minimalizm przełamany paroma akcentami - małe ikony powieszone na ścianie w kształcie krzyża i ogromna flaga Wilhelma II wraz z paroma jego portretami. Okazuje się, że nasz host oprócz tego, że jest światowym wagabundą, jest również monarchistą zafascynowanym cesarstwem. Zagubionym w czasie, bardziej pasującym do poprzednich epok niż tego, co tu i teraz. Rozmawiamy do długich godzin wieczornych, gasną światła, zapalają się świeczki i Petrus śpiewa nam piękne rosyjskie pieśni o miłości. Ten moment. Nie ma zdjęcia, ale jest wspomnienie.
Brak zdjęcia z Furstenwalde, brak zdjęcia z Petrusem... na pamiątkę tego przedziwnego spotkania Pokręcone Drzewo z okolic Furstenwalde. Dobrze oddaje charakter tego dnia. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...