Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Deszcz nam nie odpuszcza. Leje w nocy, leje w dzień. O nocowaniu pod namiotem musimy zapomnieć. Więc tak go wieziemy przez te kilometry, licząc, że w końcu, kiedyś będzie słoneczniej i wykorzystamy nasz osprzęt.
Póki co hoteliki i pokoje gościnne. I stałe aktualizowane prognoz pogody, by wiedzieć, co nas czeka. Choć to i tak ułuda, bo z pogodą, nigdy nie wiadomo, co nas czeka. Cały czas się zmienia.
Wyjeżdżamy z Nowego Targu, kiedy się chwilowo wypogadza i zaledwie mży.
Parę podjazdów (podchodów?) i świetnych zjazdów. Trochę martwiliśmy się o tę trasę dzisiaj, bo część prowadziła drogą wojewódzką 975. Na szczęście te największe podjazdy były na spokojniejszych drogach… i można było krok po kroku wepchnąć rumaka na szczyt ;)
Gdy otrzymaliśmy naszą zupę i burgera, na horyzoncie już błękitniało. A jak opuszczaliśmy to miejsce, napełnieni dobrym jedzeniem i dobrymi wrażeniami - to już do końca dnia jechaliśmy susi :) Małe radości na drodze.
Przeprawiamy się promem, po to by parę kilometrów dalej znów przedostać się na drugi brzeg - tyle, że mostem.
Ha! Jako wisienka na torcie, już pod sam koniec dnia, czekają nas jeszcze dwie niespodzianki - telefon o zalaniu pokoju, w którym mieliśmy się na tę noc zatrzymać oraz nieprzejezdny fragment trasy ze względu na to, że niewinny brodzik przez te ulewy przeistoczył się w spory, rwący strumyczek.
Póki co hoteliki i pokoje gościnne. I stałe aktualizowane prognoz pogody, by wiedzieć, co nas czeka. Choć to i tak ułuda, bo z pogodą, nigdy nie wiadomo, co nas czeka. Cały czas się zmienia.
Wyjeżdżamy z Nowego Targu, kiedy się chwilowo wypogadza i zaledwie mży.
Parę podjazdów (podchodów?) i świetnych zjazdów. Trochę martwiliśmy się o tę trasę dzisiaj, bo część prowadziła drogą wojewódzką 975. Na szczęście te największe podjazdy były na spokojniejszych drogach… i można było krok po kroku wepchnąć rumaka na szczyt ;)
Gdy zjeżdżamy już nad samo jezioro Rożnowskie, rozpadało się na dobre. W naszym stylu więc, schroniliśmy się na chwilę na przystanku, otworzyłam mapę, Adam zerknął jednym okiem i powiedział „Restauracja Lemon - taka ładna nazwa" - i tam pojechaliśmy, przeczekać najgorsze.
Trafiliśmy do bajecznego miejsca, z przepięknym widokiem na jezioro i na Małpią Wyspę, na której jest rezerwat ptaków. Na dodatek - czekało tam na nas całe wegańskie menu, którego nie omierzchaliśmy przetestować.
Gdy otrzymaliśmy naszą zupę i burgera, na horyzoncie już błękitniało. A jak opuszczaliśmy to miejsce, napełnieni dobrym jedzeniem i dobrymi wrażeniami - to już do końca dnia jechaliśmy susi :) Małe radości na drodze.
Przeprawiamy się promem, po to by parę kilometrów dalej znów przedostać się na drugi brzeg - tyle, że mostem.
I dalej ścieżka prowadziła nas już tylko wałami lub spokojnymi drogami - ale wszędzie nieskazitelny asfalt. To chyba największe zdziwienie tego wyjazdu. Na palcach dłoni mogę policzyć momenty, kiedy jechaliśmy szutrem - a i ten był dobrej jakości, z niewielkimi kamyczkami, bez łach piachu. Jak jeszcze połączą te wszystkie odcinki trasy poprowadzonej po wydzielonej ścieżce dla rowerów, bez konieczności wjeżdżania na wojewódzkie - to będzie pięknie!
Ha! Jako wisienka na torcie, już pod sam koniec dnia, czekają nas jeszcze dwie niespodzianki - telefon o zalaniu pokoju, w którym mieliśmy się na tę noc zatrzymać oraz nieprzejezdny fragment trasy ze względu na to, że niewinny brodzik przez te ulewy przeistoczył się w spory, rwący strumyczek.
Szukamy nowego noclegu i nowej trasy i też jak rzeka, nie w ten, to inny sposób, docieramy do okolic, które były naszym celem na dziś.
Serce pełne z wrażeń - aż uśmiech nie schodził z buzi, jak zasypialiśmy. Taki dzień!
Serce pełne z wrażeń - aż uśmiech nie schodził z buzi, jak zasypialiśmy. Taki dzień!









Komentarze
Prześlij komentarz