Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Wyruszyliśmy - póki co pociągiem w kierunku gór. Cały rok oczekiwania na te trzy tygodnie, które właśnie zaczynamy. Bez presji ;)
Plan jest prosty - zaczynamy wysoko (startujemy z Zakopca), by zjeżdżać w dół rzekami (Dunajec, Poprad, Wisła). Plan się komplikuje, gdy wziąć pod uwagę pogodę. Wiemy, że jedziemy w deszcz. Jesteśmy otwarci na zmiany trasy… byle nas nie zlało kompletnie. Dla urozmaicenia dodajemy podjazdy (na Słowacji, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej), bez tego skończylibyśmy trasę w trzy dni ;) a przecież chodzi o to, by być w drodze a nie o to, by szybko docierać na miejsce.
Pedałować zaczniemy pojutrze (raczej), dziś czeka nas aklimatyzacja. Planujemy odwiedzić klimatyczny STRH z nadzieją na wegańskie odloty. Jak pogoda da, pójdziemy na spacer w góry.
Pakowanie tym razem przebiegło podejrzanie bezboleśnie i bezstresowo. O mały włos nie zabrałabym spodenek rowerowych - taki szczegół. Niewinnie suszyły się na balkonie, a ja niewinnie myślałam, że już wcześniej wszystkie rowerowe rzeczy miałamt spakowane. Spodenki znalazły swoją drogę z balkonu do sakw 5 minut przed naszym wyjściem z domu. Biorę to za dobry omen - te rzeczy, których naprawdę, naprawdę potrzebuję znajdą drogę w moją stronę. Rowerowa filozofia zen już działa, a to dopiero początek ;)
Plan jest prosty - zaczynamy wysoko (startujemy z Zakopca), by zjeżdżać w dół rzekami (Dunajec, Poprad, Wisła). Plan się komplikuje, gdy wziąć pod uwagę pogodę. Wiemy, że jedziemy w deszcz. Jesteśmy otwarci na zmiany trasy… byle nas nie zlało kompletnie. Dla urozmaicenia dodajemy podjazdy (na Słowacji, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej), bez tego skończylibyśmy trasę w trzy dni ;) a przecież chodzi o to, by być w drodze a nie o to, by szybko docierać na miejsce.
Pedałować zaczniemy pojutrze (raczej), dziś czeka nas aklimatyzacja. Planujemy odwiedzić klimatyczny STRH z nadzieją na wegańskie odloty. Jak pogoda da, pójdziemy na spacer w góry.
Pakowanie tym razem przebiegło podejrzanie bezboleśnie i bezstresowo. O mały włos nie zabrałabym spodenek rowerowych - taki szczegół. Niewinnie suszyły się na balkonie, a ja niewinnie myślałam, że już wcześniej wszystkie rowerowe rzeczy miałamt spakowane. Spodenki znalazły swoją drogę z balkonu do sakw 5 minut przed naszym wyjściem z domu. Biorę to za dobry omen - te rzeczy, których naprawdę, naprawdę potrzebuję znajdą drogę w moją stronę. Rowerowa filozofia zen już działa, a to dopiero początek ;)

Super!
OdpowiedzUsuń