Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Rano mży. Całą noc padało i/lub siąpiło. Wszyściutko jest mokre i szare. Jemy śniadanie w naszym pokoiku, patrząc za okno… może już przestało? Jeszcze nie? A może już? Nie w takich warunkach jeździliśmy… mimo to sprawdzamy pogodę i zastanawiamy się, czy mamy szansę na jazdę w słoneczku.
P.s. Tego dnia spotykamy na trasie po raz pierwszy Marzenę i Janka - z którymi przez kolejne dni będziemy się mijać na trasie. Tutaj zdjęcie, które zrobiłam im jeszcze przed naszą pierwszą, dłuższą rozmową :) Towarzysze doli :)
Nim się wypogodzi udajemy się do tutejszych muzeów. Pierwsza atrakcja: Muzeum Afrykanistyczne. Idziemy tam z ciekawości: jakie zrządzenie losu przywiało tutaj kolekcję afrykańskich artefaktów? Choć w sumie... dlaczego inne miasteczka miałyby być lepszym miejscem na taką wystawę niż Olkusz? Okazuje się, że Muzeum przedstawia zbiory z kolekcji dr Szczygła, który właśnie stąd pochodził a którego wywiało na misje zagraniczne, gdzie złapał bakcyla kolekcjonerskiego. Niestety, raczej tej wystawy nie polecam. Jest tam parę ciekawych elementów, ale eksponaty nie są opisane. A te miejsca, które mają tablice (dez)informacyjne, prezentują „Afrykę" jako "tradycyjną wioskę" i tyle. Jest też monidło, można wsadzić w nie głowę i zrobić sobie zdjęcie niby w kiecce ze słomy. Wprawia to w lekkie zakłopotanie.
Za to znajdująca się w tym samym budynku inna wystawa absolutnie nas zachwyca. W pakiecie, przez przypadek, dostajemy bilety do Muzeum Wikliniarstwa. I to jest absolutny hit i miejsce obowiązkowe do zwiedzenia w Olkuszu.
Dowiaduję się tutaj, że był taki pan jak Władysław Wołkowski, okrzyknięty Michałem Aniołem wikliny. Jego projekty mebli z metalu i wikliny są fenomenalne. Takie modernistyczne! Takie piękne! Takie niekonwencjonalne! I wyglądające na takie wygodne! Nie ma to, jak zajarać się czymś o poranku - potem rower niesie Cię drogą, jak na skrzydłach.
A traskę dziś mieliśmy ponownie krótką - głównie prowadzącą przez las i nie prowadzącą obok żadnych restauracji.
Od pewnego momentu znów jechaliśmy na głodniaka… ale nim odezwały się w nas podstawowe potrzeby ciepła i sytości zdążyliśmy jeszcze zaliczyć parę fajnych miejscówek.
Miejscówka 1 - Jaskinia Biśnik. Nie wchodziliśmy do środka, lecz poeksplorowaliśmy jej okolicę. Ciekawe miejsce o tyle, że znaleziono tam ślady ludzi sprzed 150.000 lat! Rozpala to wyobraźnię, dlaczego akurat tu? Bo trochę na wyniesieniu? Bo można było w dziurę złapać niedźwiedzia? Bo nad wejściem góruje taka skała, która przypomina głowę wielkiego delfina butlonosego?
Miejscówka 2 - Zamek Pilcza w Smoleniu. Z zewnątrz wygląda niewinnie. Ot taki zameczek, który można by sobie podarować. Przecież zaraz czeka nas dojazd do Ogrodzieńca, który jest główną atrakcją Szlaku Orlich Gniazd. A jednak wchodzimy tam i docieramy na sam szczyt wieży. I w tym momencie dzieje się piękna rzecz - akurat wychodzi dla nas słońce po raz pierwszy tego dnia i rozświetla okolicę nieśmiałym światłem i dzięki temu możemy podziwiać pełną panoramę 360!
Dalej już tylko zjazd, podjazd, zjazd i jesteśmy w Ogrodzieńcu - zziębnięci. Pierwotny plan przewidywał zatrzymanie się na polu namiotowym, ale postuluję o ciepłe łóżeczko. Znajdujemy mały pokoik „w Ratuszu”, pijemy wyśmienity, rozgrzewający czerwony barszcz i odkładamy na jutro zwiedzanie ogromnego molocha, jakim jest tutejszy zamek.
P.s. Tego dnia spotykamy na trasie po raz pierwszy Marzenę i Janka - z którymi przez kolejne dni będziemy się mijać na trasie. Tutaj zdjęcie, które zrobiłam im jeszcze przed naszą pierwszą, dłuższą rozmową :) Towarzysze doli :)









Komentarze
Prześlij komentarz