Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Wczoraj do Krzeszowic przyjechaliśmy już po zmroku - tylko zdążyliśmy przywitać się z Panią, która prowadzi małą agroturystykę Na Skarpie, wzięliśmy ciepły prysznic i zasnęliśmy. To był jak do tej pory dzień, który nas najbardziej przeczołgał - fizycznie i psychicznie (ah ten dramat, kiedy schodzisz z zamku i już myślisz "5 minut i pizzunia"… a tu się okazuje, że jeszcze trzeba zmienić dętkę!).
Dopiero rano, ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam, jaki mieliśmy fajny widok z okna - na zielony ogród i fajną bryłę kościoła. Nie będziemy się widoczkiem długo cieszyć (de facto nawet jednej fotki temu miejscu nie zrobiłam :() - bo w głowie kolejne plany. Trzeba załatwić Rzeczy Podstawowe, czyli 1) śniadanie i 2) dętka zapasowa.
Po wczorajszej przygodzie ani ja ani Adam nie mamy już zapasowych dętek. Moja próba reanimacji antycznej dętki, która była łatana jeszcze zeszłego lata przez Pana Zygmunta i wytrzymała koniec poprzedniego wyjazdu, calusieńki rok i połowę obecnego wyjazdu, spełzła na niczym. Adam nie miał wczoraj siły i mentalnej przestrzeni w głowie, by się wieczorem zajmować swoją przedziurawioną gumą. Także zaczynamy dzień jadąc jak na jajkach - każdy kamyczek powoduje ukłucie w sercu. To już? Kolejny flak? Nie? Uf… uf?
Gdy zobaczyliśmy, że sklep rowerowy, na który tutaj liczyliśmy, jest zamknięty, podjęliśmy decyzję, że ryzykujemy i dziś pojedziemy bez backup-u. Łatwy dzień, głównie asfalty, krótka trasa. A nocujemy w Olkuszu - większym mieście, gdzie jak podpowiada Komoot jest „serwis rowerowy z klimatem". No risk no fun. Także skoro dętki kupimy później - w Krzeszowicach zostaje nam jeszcze tylko śniadanko, kawka i spadamy.
A kawka była całkiem specjalna i godna uwiecznienia jej osobnym akapitem.
Czarna Kawka to malutkie, alternatywne miejsce w Krzeszowicach. Mają na stanie owsiane. A oprócz kawiarni miejsce jest księgarnią i sklepem z mądrymi zabawkami :) Co półeczka to rzecz, na którą aż miło popatrzeć lub książka, którą od razu chciałoby się przeczytać.
No dobra - jedziemy. Ale nie - jeszcze zatrzymuje nas jedna rzecz (tak jakoś to się wszystko ostatnio układa, że opuszczamy nasze miejsca przystanku na noc najwcześniej przed południem). Co tym razem? Chłopczyk w parku dzielnie wjechał na muldy leśne i zakleszczył mu się łańcuch. Babcia z torbą-wózeczkiem stoi na krawędzi alejki i krzyczy prosząco do Stasia, by przyszedł do niej, bo ona przez takie nierówności nie da rady. A chłopiec bezradnie próbuje naprawić swój rowerek. No więc ruszamy do akcji. Babcia przerażona, że pobrudzimy ręce smarem - haha - nie widziała nas w poprzednich dniach. Chce dzwonić do taty Stasia, by przyjechał i zabrał rower do domu. W sumie - bardziej uspokajaliśmy babcię, niż mieliśmy trudność z uwolnieniem łańcucha. Taka krótka migawka - ale miło się kończy, opuszczamy Park Zdrojowy żegnani machaniem Babci i zadowolonym Stasiem, który testuje granice swojego roweru - ale już na asfalcie :)
Droga do Olkusza przebiegła spokojnie. Parę podjazdów, ciekawe źródełko, przejazd przez Racławice (nie „te" Racławice), drewniany kościółek, epickie podejście w żarze słońca prostym asfaltem i epicki zjazd w dół, pogubienie w lesie - bo szlak niekonsekwentnie oznaczony - i o - jesteśmy w Olkuszu.
Pierwsze kroki kierujemy do warsztatu rowerowego no name. Nie ma go na google maps, ale mamy go oznaczonego w aplikacji rowerowej. Kupuję dwie dętki i zestaw do łatania (bo skończył mi się klej w poprzednim!) - Adam kupuje jedną dętkę i też zestaw do łatania. Przy okazji mówimy Panu, skąd się u niego wzięliśmy i okazało się, że nie wiedział, że został oznaczony jako kultowe miejsce rowerowe na mapie Olkusza. Ucieszył się - a ja się ucieszyłam, że mu o tym powiedziałam.
W planie tego dnia miała być burza, więc szybko zrzucamy rzeczy w hoteliku, prysznic i idziemy na zwiedzanie miasteczka.
Ah! Jakie to fajne uczucie tak odkrywać dla siebie małe skarby - Muzeum Wikliny im. Władysława Wołkowskiego! Bazylika! Pozostałości po kopalniach srebra! Palarnia Kawy! Olkuskie naczynia emaliowane! Pizza w ogródku przy starych murach miasta!
Fantastyczne miasto :) Takie, co to nigdy pewnie nie będzie celem podróży samym w sobie - ale jako przystanek na pół dnia ma tak dużo do zaoferowania. Piątka z plusem! :D




Komentarze
Prześlij komentarz