Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 12-13 Kraków - Ojcowski PN "Z zachwytu w zachwyt... i kolejny flak"

Day 12
Relaksujemy się w Krakowie. Czas na to, by wejść na Kopiec Kościuszki, by poszwędać się wzdłuż Bulwarów Wiślanych i pojeść pyszne indyjskie :) dla Adama to dodatkowo czas na kupienie śrubki, która tajemniczo odkręciła się z bagażnika i powędrowała własną drogą. A także na spełnienie małego marzenia - odwiedzenie Nowej Huty ;)

Day 13
Nim opuścimy Kraków i pojedziemy do lasu jeszcze ostatnie poranne śniadanko w Amamamusi i już nas nie ma. 

Wyjazd z Krakowa średnio przyjemny - na szczęście mamy komoota, który prowadzi nas po wszystkich kontrpasach i śluzach rowerowych.
Dalej czeka nas kilkanaście km, które trzeba po prostu przejechać (nic do zapamiętania ani skomentowania) - prosta droga, troszkę pod górę, pełna samochodów. Tak więc - klapki na oczy i pedałujemy. 

I wtedy się zaczyna! Wjeżdżamy w las i od razu wita nas pięknym bluszczem oplatającym drzewa. Dobra, wąziutka ścieżka sprowadza nas w dół, zboczem wąwozu, do Doliny Prądnika. Przepiękny fragment - a okazuje się, że zaraz będzie jeszcze piękniej. 


Kiedy znajdujemy się na asfalcie wijącym się pomiędzy skałkami zatyka dech w piersiach. Tak pięknie, że nawet nie czuć, czy jedziemy w górę, czy w dół. Można by tak bez końca. 



Tego dnia po prostu chcemy przejechać Ojcowski Park Narodowy wzdłuż i rozbić się na polu namiotowym na północnej granicy parku, niedaleko Pieskowej Skały i Maczugi Herkulesa. Dopiero na jutro zostawiamy sobie spacerowanie tutejszymi szlakami pieszymi.
Dziś trzymamy się wytyczonych szlaków rowerowych… i pewne zaskoczenie nas czeka, gdy w pewnym momencie z asfaltu znaki kierują nas na szutr a potem na zieloną łąkę, przez którą prowadzi wąziutka wstążeczka. 


Podążamy nią dalej, zachęceni innymi rowerzystami, którzy jadąc w naszym kierunku wyłaniali się zza krzaczorów - znak, że trasa przejezdna, przedziwna, ale przejezdna. 

Za jednym z kolejnych zakrętów doświadczamy bliskiego spotkania z konikami. Pewna konsternacja, jak przejechać, gdy wielki czarny koń pasie się na Twojej drodze. Wybraliśmy wariant „przez krzaczory”, konik niewzruszony pozostał na szlaku. 



I w takim sielankowym klimacie już prawie docieramy na miejsce naszego noclegu… gdy reflektuję się, że teraz to ja złapałam gumę! I to w jakiś tajemniczy sposób na asfalcie? Syndrom ostatnich 5 km trasy - poprzednio Adam też w takiej sytuacji złapał flaka. No nic to - szybka zmiana dętki przy gospodarstwie - towarzyszące kury i rozmowa z Panią o koronawirusie, jak mocno ją doświadczył. Życzymy zdrowia i odjeżdżamy w kierunku pola namiotowego. 


Może gdyby nie ta dętka i nie godzinne czekanie na obiad wcześniej w Ojcowie - może i byśmy ruszyli się gdzieś jeszcze tego dnia. Ale teraz postanawiamy już tylko rozbić namiot, wypić bezalkoholowe piwko i pomyśleć o szlakach, które przejdziemy jutro.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...