Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Day 12
Relaksujemy się w Krakowie. Czas na to, by wejść na Kopiec Kościuszki, by poszwędać się wzdłuż Bulwarów Wiślanych i pojeść pyszne indyjskie :) dla Adama to dodatkowo czas na kupienie śrubki, która tajemniczo odkręciła się z bagażnika i powędrowała własną drogą. A także na spełnienie małego marzenia - odwiedzenie Nowej Huty ;)
Wyjazd z Krakowa średnio przyjemny - na szczęście mamy komoota, który prowadzi nas po wszystkich kontrpasach i śluzach rowerowych.
Dalej czeka nas kilkanaście km, które trzeba po prostu przejechać (nic do zapamiętania ani skomentowania) - prosta droga, troszkę pod górę, pełna samochodów. Tak więc - klapki na oczy i pedałujemy.
I wtedy się zaczyna! Wjeżdżamy w las i od razu wita nas pięknym bluszczem oplatającym drzewa. Dobra, wąziutka ścieżka sprowadza nas w dół, zboczem wąwozu, do Doliny Prądnika. Przepiękny fragment - a okazuje się, że zaraz będzie jeszcze piękniej.
Tego dnia po prostu chcemy przejechać Ojcowski Park Narodowy wzdłuż i rozbić się na polu namiotowym na północnej granicy parku, niedaleko Pieskowej Skały i Maczugi Herkulesa. Dopiero na jutro zostawiamy sobie spacerowanie tutejszymi szlakami pieszymi.
Dziś trzymamy się wytyczonych szlaków rowerowych… i pewne zaskoczenie nas czeka, gdy w pewnym momencie z asfaltu znaki kierują nas na szutr a potem na zieloną łąkę, przez którą prowadzi wąziutka wstążeczka.
Za jednym z kolejnych zakrętów doświadczamy bliskiego spotkania z konikami. Pewna konsternacja, jak przejechać, gdy wielki czarny koń pasie się na Twojej drodze. Wybraliśmy wariant „przez krzaczory”, konik niewzruszony pozostał na szlaku.
I w takim sielankowym klimacie już prawie docieramy na miejsce naszego noclegu… gdy reflektuję się, że teraz to ja złapałam gumę! I to w jakiś tajemniczy sposób na asfalcie? Syndrom ostatnich 5 km trasy - poprzednio Adam też w takiej sytuacji złapał flaka. No nic to - szybka zmiana dętki przy gospodarstwie - towarzyszące kury i rozmowa z Panią o koronawirusie, jak mocno ją doświadczył. Życzymy zdrowia i odjeżdżamy w kierunku pola namiotowego.
Relaksujemy się w Krakowie. Czas na to, by wejść na Kopiec Kościuszki, by poszwędać się wzdłuż Bulwarów Wiślanych i pojeść pyszne indyjskie :) dla Adama to dodatkowo czas na kupienie śrubki, która tajemniczo odkręciła się z bagażnika i powędrowała własną drogą. A także na spełnienie małego marzenia - odwiedzenie Nowej Huty ;)
Day 13
Nim opuścimy Kraków i pojedziemy do lasu jeszcze ostatnie poranne śniadanko w Amamamusi i już nas nie ma.
Wyjazd z Krakowa średnio przyjemny - na szczęście mamy komoota, który prowadzi nas po wszystkich kontrpasach i śluzach rowerowych.
Dalej czeka nas kilkanaście km, które trzeba po prostu przejechać (nic do zapamiętania ani skomentowania) - prosta droga, troszkę pod górę, pełna samochodów. Tak więc - klapki na oczy i pedałujemy.
I wtedy się zaczyna! Wjeżdżamy w las i od razu wita nas pięknym bluszczem oplatającym drzewa. Dobra, wąziutka ścieżka sprowadza nas w dół, zboczem wąwozu, do Doliny Prądnika. Przepiękny fragment - a okazuje się, że zaraz będzie jeszcze piękniej.
Kiedy znajdujemy się na asfalcie wijącym się pomiędzy skałkami zatyka dech w piersiach. Tak pięknie, że nawet nie czuć, czy jedziemy w górę, czy w dół. Można by tak bez końca.
Tego dnia po prostu chcemy przejechać Ojcowski Park Narodowy wzdłuż i rozbić się na polu namiotowym na północnej granicy parku, niedaleko Pieskowej Skały i Maczugi Herkulesa. Dopiero na jutro zostawiamy sobie spacerowanie tutejszymi szlakami pieszymi.
Dziś trzymamy się wytyczonych szlaków rowerowych… i pewne zaskoczenie nas czeka, gdy w pewnym momencie z asfaltu znaki kierują nas na szutr a potem na zieloną łąkę, przez którą prowadzi wąziutka wstążeczka.
Podążamy nią dalej, zachęceni innymi rowerzystami, którzy jadąc w naszym kierunku wyłaniali się zza krzaczorów - znak, że trasa przejezdna, przedziwna, ale przejezdna.
Za jednym z kolejnych zakrętów doświadczamy bliskiego spotkania z konikami. Pewna konsternacja, jak przejechać, gdy wielki czarny koń pasie się na Twojej drodze. Wybraliśmy wariant „przez krzaczory”, konik niewzruszony pozostał na szlaku.
I w takim sielankowym klimacie już prawie docieramy na miejsce naszego noclegu… gdy reflektuję się, że teraz to ja złapałam gumę! I to w jakiś tajemniczy sposób na asfalcie? Syndrom ostatnich 5 km trasy - poprzednio Adam też w takiej sytuacji złapał flaka. No nic to - szybka zmiana dętki przy gospodarstwie - towarzyszące kury i rozmowa z Panią o koronawirusie, jak mocno ją doświadczył. Życzymy zdrowia i odjeżdżamy w kierunku pola namiotowego.
Może gdyby nie ta dętka i nie godzinne czekanie na obiad wcześniej w Ojcowie - może i byśmy ruszyli się gdzieś jeszcze tego dnia. Ale teraz postanawiamy już tylko rozbić namiot, wypić bezalkoholowe piwko i pomyśleć o szlakach, które przejdziemy jutro.
Komentarze
Prześlij komentarz