Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Warsztat w Wolicy - miejsce spotkania

 W jednej małej sali spotkali się mali i duzi: młodzi fani tajskiego boxu i dziewczynki pływające jak rybki, czwartoklasista zainteresowany rolnictwem, początkująca fotografka, mama wielbicielka teatru i książek oraz chłopaki z ukrytymi talentami plastycznymi.
Na jakiś czas każdy stał się specjalistą od Ugandy – wystarczyło założyć okulary eksperta i odczytać z przekonaniem jedną z eksperckich ciekawostek aby rozpowszechnić wiedzę o Afryce. Przez jakiś czas wszyscy przyglądali się zdjęciu młodego chłopaka z Ugandy – Alexa – który dzielił się z nami swoją opowieścią jak szkole, rzeźbionych gorylach i kosmicznych butach...
Nagle nasze spotkanie zaczęło mieć wymiar międzykontynentalny. Wpatrywaliśmy się w zdjęcia z Ugandy, poznawaliśmy historię poszczególnych osób, szukaliśmy połączeń między nimi i nami tutaj, by w końcu stać się pośrednikami kolejnych nieoczywistych spotkań. Jak ambasadorzy Ugandy ruszyliśmy z aparatami w podróż do Wolicy. Napotkane osoby i miejsca skojarzyliśmy z poznanymi opowieściami z Afryki. „Co ja mam wspólnego z Ugandą?” - zapytał jeden z pierwszych rozmówców wyprzedzając naszych „ambasadorów”, którzy właśnie szykowali się do zadania mu tego samego pytania. Po długiej serii pytań doszli w końcu do podobieństwa: „A herbatę Pan lubi?” „No jasne, herbatkę lubię, czemu nie?” - i tak pan lubiący pić herbatę został złączony linkiem z Aleksem, który taką herbatę hoduje :) Uwiecznione na fotografiach zostały też m.in.: nieutwardzona droga wolicka nie różniąca się od ugandyjskiej niczym prócz pory dnia; papier toaletowy i fasola w świetlicy – odpowiedź na szkolne wyprawki przynoszone do szkoły przez ugandyjskie dzieciaki, Pani Basia – pełna energii dusza świetlicy prowadząca miejsce bliźniaczo podobne do wielofunkcyjnej kawiarni Lasarusa. Tam sprzedają rękodzieło, a tu Pani Basia organizuje kiermasz rękodzielniczy. Zdecydowanie jest nam do siebie blisko! Podczas foto-spaceru zatrzymaliśmy w kadrze kilkanaście unikalnych momentów, które w połączeniu z tymi uchwyconymi w Ugandzie przez Zuzę stworzą oryginalną fotograficzną mapę łączącą Wolicę i Ugandę. Młodzi Woliczanie zawieszą swoje dzieło w ogólnodostępnej przestrzeni w środku wsi.

Epilog
Nawet powrót z Wolicy okazał się zaskakujący niczym podróże ugandyjskie. Zawiódł transport publiczny. Pozostał autostop. Dzięki super-systemowi drogowych świateł udało nam się na katowickiej złapać stopa!
Dziękujemy Panu, który nas podwiózł dokładnie w miejsce, gdzie zostawiłyśmy rower :)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...