Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Day 12 | Sidi Kaouki - Plaża, plaża, plaża!

Spacerując murem obronnym w porcie Essaouiry, przeciskając się pomiędzy jedną mewą a drugą, zagadnął do nas pewien Francuz. Przeprowadził się tu parę lat temu, żyje z wynajmowania pokoi turystom i chwali sobie spokojny tryb życia. Sam z siebie zaczął rekomendować nam różne lokalizacje, które moglibyśmy jeszcze odwiedzić. Wspomniał o Sidi Kaouki i niesamowitych plażach. Wcześniej myśleliśmy o tym, by się tam wybrać - na rowerach. Odradził nam to (bo nic ciekawego po drodze nie zobaczymy) i polecił grand taxi. Nie pozostało nam nic innego niż następnego dnia rzeczywiście zrealizować ten plan.

Jak zwykle mieliśmy trochę więcej szczęścia niż rozumu. Przybyliśmy na miejsce odjazdu taksówek akurat wtedy, gdy inna grupka próbowała dogadać się co do ceny kursu do Sidi Kaouki. Więc po prostu dołączyliśmy do nich i tyle nas widzieli :) Ominęły nas tym razem negocjacje cenowe - hurra.

Na miejscu czekała na nas po prostu plaża. Ogromna, najszersza jaką widziałam, właśnie w momencie odpływu. Na wodzie setki surferów - początkujących i tych bardziej pro. Na piasku pojedyncze osoby - plaża tak wielka, że nawet spory tłumek, by na niej zginął. Plażą pomykają quady. Jest to jedna z tych rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Po co? Po co wchodzić na cztery kółka i jechać z ryczącym silnikiem przez plażę? Nie rozumiem. Na szczęście plaża tak wielka, że quady przemknęły pomiędzy nami może dwa razy przez cały dzień, więc nie zdołały zbytnio zakłócić nam sielskości pobytu.
Przed przyjazdem na plażę pobrałam pierwszą sesję Jogi z Adriene, z nowego cyklu "Home". Gdy znaleźliśmy już "nasze miejsce" na plaży, w którym chcieliśmy spędzić więcej czasu, odpaliłam video i miałam sesję jogi przy szumie oceanu. Nie przewidziałam, że będzie tak głośny, że prawie nie słyszałam głosu Adriene. Nie myślałam, że podnosząc ręce do góry piasek będzie mi wpadał w oczy, ani że podczas siavasany słońce będzie przedzierało się przez moje zamknięte powieki. Takie drobne szczegóły, z których się zdaje sprawę, jak już się rzeczy robi. I tak było przyjemnie. Nad wodą wszystko jest przyjemne. :)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Triund cz. 2 - "Chorzy od powietrza ludzie z nizin"

Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pod Triund zajęło nam godzinę. Potrzebowałam co rusz się zatrzymywać, by złapać oddech, serce pikało jak szalone. Żartowałam, że wiem, że mam kiepską kondycję, ale że aż tak, to dla mnie nowość. Widziałam ludzi, którzy jak kozice wskakują po kolejnych stopniach w górę, widziałam drobne dziewczyny, które równo szły w górę... a ja tylko na nie patrzyłam i czułam, że nie daję rady. W głowie tylko skupienie na tym, by wykonać kolejny krok i jeszcze kolejny i tyle. Zawężone horyzonty, tylko najprostsze zadania. Źle się czułam, słaba się czułam. Tak Triund Camp prezentuje się z dołu, z Dhamarshali. W tle widać początek Himalajów. A tak Adam prezentuje się na tle Himalajów Na szczęście po wejściu na polanę obozowiska zmęczenie nie wzięło góry nad zachwytem. Nagle stajesz twarzą twarz z ośnieżonymi ścianami i milczysz i nie wierzysz, jakie to wszystko piękne. Wiesz, że tam na dole, gdzie rano jadłaś śniadanie, jest 30 stopni a tutaj, przed tobą lodow...

Day 18 | Marrakesz - Dom - Lista TOP!

Haha - na koniec jeszcze mała niespodzianka... źle było wczoraj pić tyle soku owocowego i nie jeść nic konkretnego na wieczór... albo to jeszcze powidoki po Taghazout. Tak więc na szczyt listy moich ulubionych leków podróżnych wysforował się Nifuroksazyd! Niezawodny. Drugie miejsce - równie przydatny, choć mniej spektakularny - Węgiel! Podium zamyka... Tymianek i Podbiał (bo w drodze odnowił mi się kaszel, który ledwo wyleczyłam przed wyjazdem), parę dni temu kupiłam więc syrop, nie dosłownie "Tymianek i Podbiał" - ale na pewno tymianek z czymś tam :) - zdecydowana poprawa. Do domu wrócę więc zdrowa :) Myśli końcowe: gdy do Marrakeshu przyjdzie moda na hulajnogi elektryczne, to miasto zmieni się nie do poznania! Wszystkie te przeklęte skutery, które tyle disla palą zamienią się w ciche i szalone hulajnogi - na pewno. Przyjdą inne zmartwienia, ale wtedy przynajmniej byłoby czym w tym mieście oddychać. To niesamowite, że ludziom tutaj jakby wyłączył się instynkt samozac...

Day 7-8-9 - Zakliczyn - Tarnów "Siódmego dnia odpoczywali"

Day 7 Wyjeżdżamy z Amorka sprawnie, po 9. Decydujemy się jeszcze zahaczyć o Zakliczyn, do którego dzień wcześniej nie dotarliśmy. Na poranną kawę - a jak. Tak się złożyło, że najfajniejsze miejsce, by usiąść na Rynku i podelektować się chwilą było… w restauracji przy hoteliku, który wczoraj nas przyjąć nie mógł. Coś tam rzeczywiście musiało się zadziać, bo pani przepraszającym głosem rozmawiała z innymi gośćmi, proponując im przeniesienie do nowego pokoiku. Zagadka Hotelika Missterium :) Gwoli ścisłości - na tym fragmencie opuszczamy Velo Dunajec (i tak nie jest jakoś konsekwentnie i spójnie poprowadzony aż do Tarnowa). I kombinujemy pod gorke :) Dzień miał być krótki, jeśli chodzi o jazdę i bogaty o wrażenia - bo celem była Łękawica odwiedziny w rodzinnych stronach Adama. Okazało się, że choć krótszy - to nie mniej górzysty! Ale podjazd pod każdą górę gwarantuje widoki na górze - więc jak tu się nie uśmiechać przez łzy? :) Po wdrapaniu się do wioseczki Pleśna mieliśmy niemal panor...