Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Takiego widoku z okna to jeszcze nie miałam. Ocean na wyciągnięcie ręki, fale cały czas w twojej głowie - zaskakujące, że z czasem jednak da się o nich zapomnieć.
Taghazout to dla nas odkrycie. Domki kaskadą spływają tuż nad sam brzeg. Plaża jest raczej kamienista. Wzdłuż wody prowadzi wyniesiona na parę metrów prawie-promenada - raczej chodnik prowadzący od jednej mikro restauracyjki do drugiej. Knajpeczki są proste i ładne, jedne prowadzone głównie pod surferów, inne z chęcią odwiedzają Marokańczycy. I wszędzie ten widok!
Będąc tutaj uprawiamy tutaj tylko dwa rodzaje aktywności - przesiadywanie w takich pięknych miejscach z widokiem i spacerowanie. Na zmianę, odmieniane przez wszystkie przypadki, pętla w nieskończoność. Idealnie - takie miejsce, do którego można wracać. Ale jeśli będziemy tu następnym razem to łącznie z kursem surfingu!
![]() |
| W Cafe Mouja - pycha kawa :) |





Komentarze
Prześlij komentarz