Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Essaouiry w sumie nie zwiedzaliśmy - tylko szwędaliśmy się uliczkami to tu to tam i w ten sposób poznawaliśmy/byliśmy tutaj. Parę lat temu zapamiętałam to miejsce jako swobodne, wyluzowane. Teraz też takie jest - tylko bardziej. I nabrało jakiś hippisowskich wibracji.
Ah! I jeszcze jedną rzecz zrozumiałam - "fixed price" nie zawsze jest taka fixed i warto mimo wszystko rozejrzeć się dookoła i posprawdzać różne miejsca i różnych sprzedawców popytać o ceny :) Np. Weszliśmy do ogromnego sklepu z ceramiką, piękne tajiny, piękne miseczki, szklaneczki - we wszystkich kolorach tęczy. Ucieszyliśmy z etykiet z cenami - jednak targowanie się to zupełnie, ale to zupełnie nie jest to co lubię. Przeglądaliśmy właśnie śliczne mikro tajinki na sól i pieprz, widzę cenę 80dirhamów. Podchodzi pani sprzedawczyni i mówi - dziś wszystko za pół ceny. 40dirhamów to jakieś 16 złotych - więc bez wahania kupiliśmy naszą pierwszą ceramiczną pamiątkę... tylko po to, by chwilę później, może w mniej reprezentacyjnym miejscu, na straganie, zobaczyć bardzo podobne naczynka w innej "fixed price" - po 10 dirhamów ;) Tak więc śmiech na sali i warto się rozglądać.
A już na pewno stało się czymś na kształt wegańskiej stolicy Maroka. W żadnym poprzednim mieście podczas tego wyjazdu nie natknęliśmy się na takie podwórze jak to tutaj - gdzie jedna restauracja wegańska jest tuż przy drugiej. I nigdzie indziej nie piłam Takiego Pysznego Cappucino posypanego kakaem.
![]() |
| Najfajniejsze wegańskie miejsce to jest to na drugim planie, pośrodku zdjęcia - Shadma’s - parę stolików, ale jedzenie pycha (przykładowy tajine z kalafiorem poniżej) i pani kucharka najlepsza :) |
![]() |
| A tu już stylowa Mandala Society - z pysznym cappuccino |
Nie bylibyśmy sobą, gdyśmy rano nie pili rytualnej herbatki miętowej z odrobiną cukru (poniżej poglądowo „odrobina” cukru - kiedy mieliśmy taką możliwość to jednak jej sobie nie dodawaliśmy).
![]() |
| Obok mięty - piołun, który równie często lądował w naszych herbatkach. Ponoć jest sezon, to wszędzie dodają :) |
![]() |
| Rzeczony sklepik z „fixed price”, którą jednak nadal można negocjować... jeśli się o tym ma pojęcie |








Komentarze
Prześlij komentarz