Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Hi hi ha ha ha. Są wszędzie. Obserwują pilnie wszystko to, co dzieje się dookoła. Jemy śniadanie na tarasie. Mewa przysiada na daszku i przekrzywia główkę. Cierpliwie czeka. Co zrobi po tym, jak odejdziemy? Liczy na to, że zostawimy w koszyku resztki chleba?
W porcie czują się, jak w swoim królestwie. Są ich setki, tysiące. Im akurat tu w porcie dobrze się wiedzie. Chwytają resztki ryb. Czasami się pokłócą, ale nie za bardzo. Starczy dla wszystkich.
W porcie czują się, jak w swoim królestwie. Są ich setki, tysiące. Im akurat tu w porcie dobrze się wiedzie. Chwytają resztki ryb. Czasami się pokłócą, ale nie za bardzo. Starczy dla wszystkich.






Komentarze
Prześlij komentarz