Przejdź do głównej zawartości

Posty

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

Dzień 14 | Budziszyn - kemping za Sprembergiem

Kolejny dzień na trasie, pierwszy dzień wzdłuż rzeki Spree. Cudowny szlak :) rzeczka mała, wije się, przebiega przez pola i małe wioseczki... taka jak wszystkie rzeki u swoich początków, nim staną się monumentalne... tak jak Łaba, którą zdążyliśmy bliżej poznać i obserwować, jak z szarego kaczątka staje się łabędziem. Rzeka Spree - już w jesiennych kolorach? Jeden z tych idealnych postojów, kiedy jedliśmy kuskus z pomidorkami i posilaliśmy się czekoladą.  Dzień dłuższy - 85km - ale w większości lekko w dół. Miałam wrażenie, że jadę na rowerze z napędem elektrycznym, tak gładko szło pedałowanie. Czasami szlak prowadził... pustkowiem lub terenem w okolicy elektrowni, lub wzdłuż poligonu... niefajne? Równiutki asfalt staje się atrakcją samą w sobie i przyciąga nie tylko rowerzystów, ale i rolkarzy. Kemping, na który ostatecznie trafiliśmy też był przyjemny, w nocy rozświetlony lampeczkami - wszystko gra... nie ma żadnych dramatów, które z wypiekami na policzkach mogł...

Dzień 13 | Drezno - Budziszyn

Trudny dzień, mało kilometrów, prosta droga, a jednak jak po gruzie. Czasami jest i tak. Trzynasty dzień pedałowania. Zaraz w Dreźnie, po drugiej stronie rzeki zaczął się długi i mozolny podjazd, który nas zaskoczył, bo miało już nie być podjazdów. Potem trzy razy gps zrobił nam psikusa i kawałek się wracaliśmy. Potem doświadczaliśmy bólów trasy, która nie była szlakiem rowerowym. Tego dnia przeskakiwaliśmy ze szlaku wzdłuż Elby na szlak wzdłuż Szprewy, a trasę utkaliśmy z fragmencików innych szlaków i lokalnych dróg, w tym niestety 3,5 kilometra uczęszczaną trasą, bez pobocza, pośród samochodów i tirów. Piękna fontanna na rynku w Bischofswerda Na szczęście Budziszyn okazał się absolutną rewelacją. Re-we-la-cją! Gdy przyjechaliśmy pod adres kolejnego hosta z WarmShowers, Stephan już na nas czekał na ulicy. Pomógł nam szybko wpakować rowery do piwnicy i nasze rzeczy do jego mieszkania na poddaszu, zrobił nam mini-wprowadzenie „Tu jest łazienka, w tym pokoju śpicie, tu lodówka, z ...

Dzień 12 | Drezno Stop

O tym marzyliśmy. Dzień relaksowania się i regeneracji. Wolne śniadanie, pranie, update bloga i przejażdżka na miasto. Bez wielkich ambicji - odpuściliśmy wchodzenie do jakichkolwiek muzeów, katedr, galerii. Jak flaneurzy oglądaliśmy miasto jak wystawę i cieszyliśmy się tym, jakie ono jest piękne z zewnątrz. Takie nagromadzenie barokowych, bogatych budowli na ograniczonym skrawku starego miasta! Taka praca włożona w to, by zrekonstruować miasto po bombardowaniu w 1945! Tyle widoków godnych zdjęcia... lub uwiecznienia na obrazie Cannaletta! Tyle miejsc zapraszających do pobycia w nich dłużej! August II Mocny miał niezłe ego Podwórze pięknie zrewitalizowane.  Wieczór znów spędziliśmy na rozmowach z naszymi gospodarzami. Z naszych rozmów wynikło, że wschodnie Niemcy mają dużo wspólnego z Polską - podobne wyzwania, podobne doświadczenie dynamicznej transformacji po 89., podobne kwestie mobilizujące ludzi do protestów czy niezadowolenia społecznego. Wiadomo - są...

Dzień 11 | Bad Schandau - Drezno

W drodze do Drezna, jeszcze krótki przystanek na Bastei. Wchodzimy na punkt widokowy i od razu schodzimy. Tabliczka stanowiąca idealny komentarz do naszej debaty podczas podróży.  Jeśli możesz odwiedzić tylko jedno miejsce, które lepiej wybrać:  galerię sztuki, czy park narodowy?  ...moja odpowiedź: park narodowy... bo ma się jedno i drugie  Normalnie pewnie jeszcze byśmy wypili gdzieś tam kawę i pokręcili się po okolicznych szlakach - ale przed nami jeszcze 50 km, deszcz po południu przed którym chcemy zdążyć i czekający na nas w Dreźnie gospodarze. Na najbliższe dwie noce zatrzymujemy się u Eli i Franka z sieci WarmShowers . To społeczność rowerzystów, którzy goszczą innych rowerzystów. Taki Couchsurfing z wąską specjalizacją. Strzał w dziesiątkę. Będąc już u nich w domu spotykamy również dwójkę innych rowerzystów z Ukrainy, którzy są w trakcie trzymiesięcznej podróży przez Europę. Wieczór więc spędzamy przy stole dzieląc się swoimi doświadczeni...

Dzień 10 | Decin - Bad Schandau

Trasa jak codzień - cudowna i prosta. Popołudniu docieramy do Bad Schandau, krótka konsultacja w informacji turystycznej i już wiemy, gdzie chcemy zaraz udać się na parogodzinny hiking. Jedziemy na kemping, by zostawić rzeczy - recepcja okazuje się zamknięta. Przypinamy rowery przed restauracją, szybka akcja na zmianę obuwia i spodenek i ruszamy w górę. Wszystko z pośpiechem, bo wiedzieliśmy, że zbliża się deszcz. Burza dała znać o sobie, jak tylko weszliśmy do lasu. Adam wrócił do rowerów, by lepiej zabezpieczyć sakwy przed zmoczeniem a ja wg wskazówek z maps.me szłam w górę. Troszkę się zdziwiłam, gdy podążając szlakiem natrafiłam na miejsce, w którym okazało się, że dalej nie pójdę... chyba, że nagle zyskam zdolności freesolo i jakoś wgramolę się na 1,5m skałę, która zagradzała przejście wąskim labiryntem między skałami... Widzisz tę strzałkę z lewej strony, skierowaną do góry... to właśnie tą szczeliną prowadził w górę szlak... Wróciłam się. Niedługo dołączył Adam i raz...

Dzień 9 | Roudnice nad Labem - Decin

Trasa wygodna, przyjemna, ładna, bezproblemowa, prawie niezapadająca w pamięć - bo wszystko gra. Nawet gdy zdarzały się fragmenciki trasy polną drogą, była to droga prosta i komfortowa. Robimy sobie przerwę na dłuższe drugie śniadanie w Litomierzycach - w Cafe Doma . Podpowiedź z HappyCow, który to serwis po raz kolejny nas nie zawodzi i wskazuje adres najlepszego (czasami jedynego :D) miejsca z vegan posiłkami w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Przed Usti nad Labem trochę wzniesień i trudniejszych podjazdów... ale co to dla nas? :D W samym Usti zrezygnowaliśmy z wdrapywania się na skałę, wręcz pionowo wystrzelającą do góry, na szczycie której kolejny zameczek. Już dość - mkniemy przed siebie - do Decina, chcemy odpocząć. Dojeżdżamy na miejsce... i tu wielkie zaskoczenie. Naprawdę trzeba mieć bardzo otwarty umysł i nieskrępowaną wyobraźnię, by zaprojektować kemping pod estakadami dróg szybkiego ruchu. Domyślamy się, że to ze względu na to, by był absolutnie po drodze -...

Dzień 8 | Ostra - Roudnice nad Labem

Nowy dzień, nowe otwarcie. Piękna pogoda, kemping Ostra wolno budzi się do życia. Obok nas parę karawan rozbitych na stałe, państwo uprawiają pomidory, papryki, kwiaty. Sprytnie wydzielają prywatną przestrzeń na tym wspólnym kempingu doniczkami, rozrzuconymi w krąg oponami itp. Można i tak. Ruszamy - szlak wciąż szutrowy, ale jakże inaczej się jedzie. Nie wiem? ...że lepsza pogoda? ...że nie ma aż tyle wybojów? Jest cudownie. Mijamy barokową wioskę Bysicki - wokół urokliwej kapliczki, rozstawione na planie koła budyneczki - na mapie, z lotu ptaka wygląda to jak oko - ze źrenicą i długimi rzęsami. Dalej na krótko łapie nas deszcz, który szybko mija i wjeżdżamy do Melnika. Spędziliśmy tam moment, pewnie za krótko - po starym mieście można by bez końca chodzić labiryntami wąskich uliczek. Na zboczu winnice z pinot noir, a na szczycie wzniesienia zamek - z którego roztacza się widok na całe Czechy ;) a przede wszystkim na miejsce, w którym do Łaby dopływa Wełtawa. Od...

Dzień 7 | Bunkow - Ostra

Dzień zaczął się sielsko, wolny start na kempie, Adam czyta książkę, ja spisuję wspomnienia z trasy nim zapomnę Wszystko Co Małe a Ważne. Wyjeżdżamy o 11, trasa prowadzi przez pola i lokalnymi drogami. Mijamy ogromną stadninę koni, głaszczemy młode źrebaki i znów wsiadamy na rowery. Niedługo potem czeka nas długi odcinek po muldach przez osuszone bagna. Męczące. Tam spotykamy panią rowerzystkę, która podróżuje tak jak my, ale solo. Na trasie jeszcze parę razy tego dnia się miniemy. Gdzieś pod lasem spotyka nas pierwszy deszcz, potem kolejne, potem burza i mocny wiatr. Gdy się przejaśnia i jedziemy dalej, przejeżdżamy kałuże szerokie na całą polną drogę. Tam właśnie Adam utyka w błocku, co szybko schnie na twardo i przypomina cement. Nasze oba rowery są totalnie nim oblepione. Deszcz co chwila wraca - takie wrażenie, że jedziemy w tym samym kierunku co burza, czasami ją doganiamy i wtedy nas chlapie tym deszczem i straszy grzmotami, czasami zostawia nas w tyle i możemy schnąć ...

Dzień 6 | Jaromer - Bunkov

W końcu płasko! I możemy szybciutko przemierzać kilometry. Trasa nad Łabą z Jaromierza do Hradec Kralowe - wręcz idealna. Wije się razem z rzeką, między drzewami, czasami odbija w pole (wciąż asfaltem!) i znów wraca nad wodę. Uczucie, że można w taki sposób jechać szybko, bez zmęczenia i w nieskończoność. Hradec Kralove to jak do tej pory najprzyjemniejsze miasto, przez które przejechaliśmy. Nad wodą, ma kawiarnie, ma deptak, ma modernistyczne budynki, ma starówkę i zamek, ma ścieżki rowerowe fajnie wkomponowane w tkankę miejską. I przede wszystkim (z naszego punktu widzenia) - ma Bazalkę . Coś w stylu wegetariańskiego i wegańskiego baru mlecznego, z niskimi cenami zapraszającymi seniorów do stołowania się tam... nie tylko ich, ale to była grupa, licznie reprezentowana, której się tam nie spodziewałam. Pysze jedzenie, tanie, ładnie podane, ładne miejsce samo w sobie - takie śniadania, obiady i kolacje mogłabym jeść przez cały czas. Wzięłam naleśnika z meksykańskim nadzieni...

Dzień 5 | Teplice nad Metui - Jaromer

Przed opuszczeniem tego pięknego skrawka Ziemi nie mogliśmy nie przejść się trasą prowadzącą przez Skalne Miasto, startującą z Adrspachu. Z samego rana, jeszcze przed autokarami zwiedzających, znaleźliśmy się znów pośród przedziwnych form skalnych. Rynek Słoni, Mysia Dziura, Starosta i Starościna, Kochankowie, Żółw, Lody na Patyku - kreatywność zasiedlania tego terenu bytami wyobraźni ludzkiej jest niesamowita... co więcej - coś w tym jest :) Wróciliśmy na kemping, zwinęliśmy na miot, ugotowałam pyszny dal - wtedy spadł rzęsisty deszcz - a jak się przej aśniło ruszyliśmy dalej w trasę. Mieliśmy nadzieję, że większość podjazdów już za nami, ale przez pół dnia jednak jeszcze się wspinaliśmy, by przedrzeć się przez pasma ukształtowane prawie prostopadle do naszego kierunku jazdy. Gdy jednak to nastąpiło, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie - zaczęły się triumfalne zjazdy. Niemniej jednak - może też z tego względu, że rano zaliczyliśmy lekki trekking - do Jaromeru przyjechal...