No tak. Nie wszystkie dni zaczynają się idealnie. Zdarza się, że zamawiasz zestaw śniadaniowy Nr 3 - bez jajek i bez masła... a dostajesz jajecznicę z szynką. Jak zła wróżba... bo czy to zbieg okoliczności, że godzinę później wpakowujemy się na wiadukt, gdzie ewidentnie nie powinno nas być i przy dźwięku klaksonu i podwyższonym tętnie rozpakowujemy rowery, by przenieść je przez barierki na nieco spokojniejszy chodnik. Przypadek? Nie sądzę. Dzień ewidentnie zaczął się niedobrze. Potem jeszcze zaliczyliśmy jedną niebezpieczną sytuację, przy zjeździe z górki, gdy ambitny i głupi kierowca wymijał nas na trzeciego. Tym samym wyczerpaliśmy limit wpadek... na ten dzień :)
Po drodze zatrzymujemy się w kolejnych ruinach zamku... którego dziedziniec parę lat temu ktoś przerobił na boisko do kosza. Co za okoliczności dla uprawiania sportu!
Dalej wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń. Raczej płasko, a ścieżka kluczy we wszystkich kierunkach świata. Zwracam uwagę na biały kościół w oddali. Niczym twierdza panuje nad okolicą. Najpierw widzę go po prawiej, potem znika z oczu, potem jedziemy prosto w jego kierunku, potem znów znika nam z oczu. Jadąc obstawiam, czy trafimy tam bezpośrednio, czy szlak poprowadzi nas w innym kierunku. Bingo. Dojeżdżamy do jego podnóży i aż żal przejechać dalej, bez wdrapania się na górę i zobaczenia panoramy 360, która stamtąd musi się roztaczać.
Chwilę spokoju i ładowania baterii energią zen łapiemy w parku w Oblęgorku, przy pałacyku, który Sienkiewicz otrzymał w podzięce za swój 25-letni dorobek twórczości. Park projektowany przez tę samą osobę, która rozplanowała Skaryszak - od razu poczuliśmy się jak w domu :) Z małych radości dodam, że tam rozsmakowujemy się w Chrupakach.
Dalej Velo prowadzi nas przez spokojne miejscowości, mało zapadające w pamięć... aż do momentu, kiedy w okolicach Radoszyc trafiamy na ścieżkę, prosto nad Jezioro Siełpeckie. Suniemy wzdłuż trasy z cieżarówkami, po prawej i lewej mijając las... lub karczowiska po tym, co kiedyś było lasem gospodarczym. Krajobraz księżycowy. To wrażenie utrzymuje się również, gdy już docieramy nad jezioro... zalew... coś co ponoć nazywane jest przez lokalsów tutejszym Rodos. Well... ośrodki wypoczynkowe są, domki i pola namiotowe również. Jednak stopień przetworzenia krajobrazu nie pozwala mi przestać się czuć jak na budowie, z koparkami i hałdami piasku w tle.
Mimo tego pierwszego wrażenia spędzamy tam świetny wieczór. Łapiemy ostatni wolny domek w ośrodku Belferek. Spędzamy godzinę kręcąc się rowerem wodnym pomiędzy (sztucznymi?) wysepkami. Pijemy kawę - na migdałowym! - i jemy pizzę, na leżakach, wśród sznurów lampek podwieszonych pomiędzy sosnami. Jest klimat, jest dobrze.




Komentarze
Prześlij komentarz