Zaczynamy nasz ostatni fragment GreenVelo. W planie na następne 5 dni podróż z Sando do Końskich i dalej do Łodzi. Jeszcze przed wyjazdem zmieniamy zdanie parokrotnie... bo kontuzja pleców, ...bo brak biletów na rower, ...bo trudny wybór, czy po Końskich uderzamy do Radomia, Dęblina, Skierniewic, czy Łodzi. Spoiler alert: w trakcie wyjazdu również będziemy szyli na bieżąco. Życie.
O 10.30 jesteśmy w Sando. Rok temu we wrześniu właśnie tutaj skończyliśmy. To, czego nie mogliśmy zrobić poprzednim razem, nadrabiamy w pierwszej kolejności. Jeszcze przed obowiązkową kawą w Widnokręgu.
Odwiedzamy Katedrę. Chciałam ją zobaczyć ze względu na piękne sklepienie w kolorze indygo. Po bliższej analizie okazuje się, że we wzorze zaszyto kości do gry, żółwia, insekty, supermana, globus, grzyby... Herby? Wyglądają jak współczesne, hipsterskie piktogramy.
Trasa zaskakuje od samego początku. Myślałam, że przez pierwsze kilkanaście kilo będzie płasko, prosto i nijak. A tu, stale wijemy się pomiędzy sadami jabłonek, pogoda nas rozpieszcza, mustangi suną przed siebie szybko i bez wysiłku.
Pierwszy przystanek w Koprzywnicy, parę kilometrów od głównego GreenVelo. Chcemy zobaczyć rodzinną miejscowość naszej wspólnej znajomej. Adam na gorącej linii na messengerze z Polą. Pojedźcie do domu kultury, nad zalew. A potem tą ścieżką - dostajemy mapkę w Paint - możecie wąwozem powrócić do głównego szlaku.
Tak też robimy. Docieramy do rynku, otoczonego absurdalnym rondem, szerokim prawie na trzy pasy. Biorę aparat i kręcę się w poszukiwaniu Widoku.
Zaczepia mnie jak się później okazało Krzysztof. Zapraszam do domu kultury, mamy nową wystawę o Indiach i kącik eksploratorski. W kąciku zebrane żelastwo znalezione na okolicznych polach - obok standardowych pocisków, łańcuszków i butek - odznaka sołtysa, profesjonalna liczy odznaka szeryfa.
14.00 suniemy dalej. Nie mamy wiele, jakieś 30km jeszcze do przejechania. Trasa zaczyna falować, są momenty, kiedy kobyłkę podprowadzam, bo już nie jestem w stanie pedałować. Tak bywa. Formy jeszcze nie ma - a i w formie, z takim obciążeniem na tyłku, to pewnie i tak bym schodziła z roweru.
Dojeżdżamy do naszego pierwszego noclegu - pensjonatu, położonego obok zamku Krzyżtopor - na tyle wcześnie, że jeszcze załapujemy się tego dnia na zwiedzanie.
Zamek. Jest. Świetny. Jest też ruiną, ale nie pamiętam, bym kiedyś była w takich fantazyjnych ruinach. Krużganki, piwnice, okna oficyny, baszty. Można się w tym zagubić i tym zachwycić. Wieczorem prawie bez zwiedzających. Strzał w dziesiątkę. Znów to poczucie, że zbieramy wszystkie bonusy na danym poziomie gry. Wymiotliśmy.
Na kolację fryteczki i trójkolorowa sałatka - buraczki-marchewka-kapusta. Mniam.
...a! I nim kładziemy się spać odwiedzamy jeszcze stanowisko wykopalisk tuż obok naszego pensjonatu, gdzie znaleziono ślady ryb sprzed 400 000 000 lat!!! Trudno mi zrozumieć, jak z takich odcisków w skale można zrekonstruować wygląd tych ryb. I trudno mi zrozumieć, że to miejsce - ponoć jedyne takie na świecie, stoi sobie ot tak, odkryte, niebiletowane, niechronione tuż obok relatywnie świeżo wybudowanego pensjonatu. Ciekawe, jakie skamieliny kryją się w fundamentach hoteliku Cyrkon.






Komentarze
Prześlij komentarz