Przejdź do głównej zawartości

Biebrzański Park Narodowy - po raz drugi

Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...

#2 Tu Kielce!

Dzień zaczęliśmy od śniadania w miejscu, w którym nie serwują dań wegańskich. Przygoda w nieznane - i dla nas i dla osób z kuchni :) Adam dostaje fasolkę w sosie pomidorowym, ja - deskę warzyw. Dzielimy się daniami - bo ani ja na samych warzywkach daleko nie zajadę, ani Adam całego tego talerza fasoli by nie zjadł (ze smakiem). 


Wyruszamy wiedząc, że przed nami spore podjazdy. Mobilizacja i skupienie ;) Okazało się, że wzniesienia nie były zbyt strome, ale konsekwentnie coraz, coraz wyżej - całkiem do zniesienia. Podprowadzałam rower tylko raz (duma). 



11.30, docieramy do Rakowa. Teoretycznie tu mieliśmy w pierwotnym planie nocować (w tym, w którym pierwszego dnia przejechać mieliśmy 70 nie 40 km). Skichalibyśmy się, a nie dojechalibyśmy #dobradecyzjakomunikacyjna

Dojeżdżając do Rakowa miałam wizję kawki na rynku, cappucinko, z pianką, na sojowym... Jednak na rynku była procesja, setki osób uczestniczących we mszy i pozamykane restauracje, wiec nawet rozłożenie się pod drzewkiem nie wchodziło w grę. Piknik na drugie śniadanie urządziliśmy w lesie na runie utkanym ze mchu.


Po drodze jeszcze przystanek w Borkowie i okazja, by zobaczyć dziurę w wodzie. A gdy już mkniemy prosto w kierunku na Kielce, słyszę za plecami z takimi sakwami to na Borholm można jechać. ...to chyba nie do mnie - i po raz drugi takie sakwy... wykrzyczane z roweru w taki sposób, że już wiem, że to do mnie. Odwracam się (wszyscy cały czas pedałujemy) i wchodzę w rozmowę z parą rowerzystów. Z Kielc, trasę do Borkowa wybierają, jak chcą mieć fajny jednodniowy wypad rowerowy na 50 lub 70 km z nocowaniem we własnym łóżku. Opowiadają o swoim wyjeździe na Bornholm, o tym że w trzy dni objechali wyspę, że samochodem z Kielc do Szczecina i potem promem i że bardzo nam polecają, bo to raj dla rowerzystów. Wierzę im, już od pewnego czasu Bornholm jest na liście moich wycieczek to-do :) Tak szybko jak się poznaliśmy, tak szybko machamy sobie na do zobaczenia, oni skręcają w lewo, my w prawo suniemy dalej Green Velo. 

Gdy docieramy do hostelu na deptaku, gdzie mamy zablokowany nocleg, okazuje się, że ja już kiedyś tu byłam! W poprzednim życiu, z warsztatami dla jakiegoś domu kultury lub biblioteki :) Szybki prysznic i już nas nie ma - wychodzimy na jedzonko, bez planu, a jednak trafiamy na ulicę Solną, tzw. Planty i jesteśmy omamieni ilością ludzi i restauracyjnek i tym jak to ładnie wszystko wygląda. 
Jemy kolację królewską - zupę z białych warzyw i pieczone bataty z guacamole, kuskusem i sosikiem czosnkowym na jogurcie sojowym. #Dekadencja 
Następnie w miejscu za rogiem pijemy lemoniadę arbuzową i delektujemy się nernikowcem. #Dekadencja do kwadratu. Adam kończy moje ciasto, bo u mnie miejsca zabrakło. 

To co się dzieje później to już czysta poezja. Gdybyśmy chcieli zaplanować, to tak by nie wyszło:
idziemy na spacer dziedzińcami zamkowymi, parkami, wzdłuż alei rzeźb. Mijamy Grechutę, Niemena, Hendrixa, Warhola, Bartoka, Piaf i Monroe, włóczymy się nieśpiesznie w kierunku Jeziora Szmaragdowego... które okazuje się być kamieniołomem! Potężną dziurą w ziemi, którą przemieniono na park i rezerwat. Trafiliśmy na punkt widokowy dokładnie wtedy, gdy zachodziło słońce. Dlaczego nikt nie trąbi o tym, że Kielce są takie magiczne?! Przepaść w centrum miasta - czysty hit!



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Chwila w Belgradzie

Odbicie w lustrze dworcowej łazienki, 2 minuty później byliśmy już w pociągu. Nie poznaliśmy Belgradu. Może w drodze powrotnej. Widzieliśmy tylko, że jest położony nad piękną rzeką, czyli musi to być fajne miasto. Nie poznaliśmy Belgradu, ale spędziliśmy 2 godziny w okolicy dworca. Wieczorem kręciło się na nim dużo osób, wiele z kocami i śpiworami, tobołkami i torbami. Na twarzach troska przeplata się z uśmiechami. Niektóre osoby się snują, inne dynamicznym i pewnym krokiem przechodzą obok nas. Uchodźcy, emigranci, podróżnicy, ludzie w drodze. Nie poznaliśmy Belgradu, ale zaznaliśmy uprzejmości ludzi. Po dwóch dniach w autobusie i pociągu chciałam wypić herbatę. Nie mieliśmy dinarów, euro tylko w bilonie lub w większych nominałach. Kartą ze względu na awarię netu nie mogliśmy za nic zapłacić. W restauracjach dookoła dworca było tak nakopcone papierosami, że nie mogliśmy przełamać się i na ciepłą herbatę usiąść właśnie tam. Siedzimy więc na dworze przy peronach, przy stoliku w kawiarni,...

Miasto małp

Gdy przyjechaliśmy do Shimli, przywitał nas deszcz. Nie był jednak tak intensywny jak ulewa i burza, która pożegnała nas poprzedniego wieczora w Dharamshali. Znaleźliśmy się wtedy w samym środku zamieszania. Czekaliśmy na dworcu, pioruny uderzały w różnych miejscach doliny, aż w końcu zgasł prąd i wszystko spowiła ciemność rozświetlana przez nieregularne błyskawice. W Shimli o poranku słychać było tylko odległe pomruki, deszcz też nie był taki uciążliwy. Miałam szczerą nadzieję, że już tak pozostanie, ponieważ tutaj chcieliśmy przede wszystkim się zregenerować (...wciąż po Triundzie czuliśmy zakwasy, niewiarygodne). I do tego celu ta miejscówa nadawała się świetnie (nie wiem, czy do czegoś innego również mogłaby się nadać). Deptak Shimli ciągnie się przez parę kilometrów górskim grzbietem. Wyłączono tam ruch samochodowy i jest to najprzyjemniejsza właściwość tej miejscowości. Można spacerować tam i z powrotem, słuchać odgłosów rozmów ludzi a nie klaksonów, odwiedzać oldsc...

Day 15 - Ojcowski PN - Krzeszowice "Zajechani"

Startujemy niespiesznie… choć gdybyśmy wiedzieli, jaki ukrop czeka nas na trasie, pewnie zwinęlibyśmy się szybciej. Przestaliśmy już tak maniakalnie sprawdzać pogodę, gdy okazało się, że największe deszcze już nas nie dotyczą. Wyjeżdżamy z pola o 11 - ale jeszcze na dole przystanek na ciasto z cukinii… i robi się 12. Jak tak wcinamy ciacho i popijamy lemoniadą już czujemy, że dziś będzie hardcore… zaczynamy upraszczać trasę.   Początkowo mieliśmy z Ojcowa wyjechać serpentynką w górę, by potem zjechać triumfalnie w dół - ale jednak wybieramy łagodniejszy podjazd (choć i tak męczący). Mijamy miejscowość Biały Kościół - w której rzeczywiście stał biały kościół i dalej zsuwamy się w dół, trafiając do Doliny Kluczywody.  Tam znów czeka nas decyzja - asfalcik, czy trasą rowerową wzdłuż strumyka? Wybieramy to drugie, by znaleźć się w lesie i początkowo rzeczywiście jest bajecznie… ale chwilę potem okazuje się, że lądujemy w wąwozie, szlak rowerowy prowadzi stromo pod górę, po korze...