Eh… ja i moje ambitne plany. Założyłam sobie, że wstanę wcześnie rano, by podziwiać ptaki rozgadane, latające nad bagnem, które tonąć będzie w promieniach ciepłego słońca. Taaa… może następnym razem. Wstać rzeczywiście wstałam i wyjechałam o 6:15… ale tabunów ptaków nie uświadczyłam. Pewnie tak jak i większość normalnych istot, ptaki również nie są fankami deszczowej, zimnej pogody. Teraz to wiem. Gdy jest góra 4 stopnie i mży - wtedy się śpi. Ale nie ja! Na wieży widokowej dziarsko wyciągnęłam kieszonkową lornetkę, rzutem na taśmę nabytą w piątek wieczorem przed wyjazdem… wyjęłam i nic :) może gdzieś tam jakiś bociek, może gdzieś tam coś tam jeszcze przeleciało… ale definitywnie obserwacje ptaków uprawiałam w sposób wielce nieprofesjonalny. Schodząc z wieży spotkałam trójkę osób, wyposażonych w potężne lunety. Zapytałam ich co robię nie tak, że nie mogę trafić na ptaki - przecież jest dobra pora roku i dnia i nawet mam mikro lornetkę… Jeden z nich odpowiedział, że … w tym miejscu, to ...
Czytam teraz Thubrona „Góra w Tybecie”. Lekarz, fizjoterapeutka pytają się mnie, czy tam byłam. Nie byłam. Ale jak czytam jego opisy treku z Katmandu do Kaljas to przed oczami mam krajobraz Indii Północnych, Pakistanu. Z paczworku moich wspomnień szyję widoki na miarę Nepalu i Tybetu. Prawie jakbym tam była. Tak mi się zdaje. A Thubron idąc przez ten krajobraz widzi podobieństwa do brytyjskich ogrodów i inspiruje go to do rozmyślań o ojcu, który dawno temu umarł. A ja będąc w Lahore widziałam tam jednocześnie Kampalę. Nakładki, podobieństwa, zakrzywienia rzeczywistości. Kiedy widziałam moje otoczenie takim jakie jest?
Komentarze
Prześlij komentarz